Teksty autora strony; jego osobiste przeżywanie przyrody i sposoby fotografowania. Żeby rozwinąć pełne teksty należy nacisnąć "show full". Kliknięcie na zdjęcia obok pozwoli na zapoznanie się z ich odautorskim komentarzem.
Kontakt: aleksander.chmiel@umed.lodz.pl
W życiu dobrze jest mieć pasję, a nawet kilka. Jeżeli jednak masz pasję, to jesteś uzależniony (może nawet zakręcony), a wtedy masz problem z dzieleniem swojego czasu (i pieniędzy). Życzę Ci wyrozumiałości najbliższych; ja mam ...
W życiu dobrze jest mieć pasję, a nawet kilka. Jeżeli jednak masz pasję, to jesteś uzależniony (może nawet zakręcony), a wtedy masz problem z dzieleniem swojego czasu (i pieniędzy). Życzę Ci wyrozumiałości najbliższych; ja mam szczęście tego doświadczać.
Jestem inżynierem – absolwentem Politechniki Łódzkiej i (tak się jakoś złożyło) profesorem na Wydziale Farmaceutycznym UM w Łodzi. A pół żartem – pół serio: może powinienem (był) być leśnikiem, może biologiem od skakunów, może fotografem przyrody?
POCZĄTKI
Zdjęcia robiłem od czasów Druha (odbitki stykowe), później był Zenit, krótko Exacta Varex, krótko dwuobiektywowa lustrzanka Flexaret i najdłużej Praktica nova + ręczny światłomierz. Potem była długa przerwa; od czasu do czasu tylko zdjęcia rodzinne i wakacyjne.
Wiosną 2006 roku zobaczyłem makrofotografie Marka Wyszomirskiego. To był początek mojej nowej przygody, która przerodziła się w pasję. Od Marka pobierałem nauki sprzętowe. Zacząłem oglądać zdjęcia przyrodnicze w Internecie i coraz częściej docierałem do wspaniałych galerii; trafiały się perełki; jedną z pierwszych była strona A. i D. Wojciechowskich z Krakowa. Stąd na stronę Związku Polskich Fotografów Przyrody, a dalej na strony jego członków. Później strony dalszych światowych liderów fotografii przyrodniczej i ostatnio Foto-Przyroda, której klimat i konwencja wymiany myśli bardzo mi odpowiadają. W tym czasie dużo przeczytanych tekstów, dyskusji, porad. Taka przyśpieszona nauka fotografowania przyrody i fotografowania w ogóle. Pozostałem wierny przede wszystkim fotozbliżeniom. Staram się dostrzegać i fotografować to, co jest dla większości z nas mało widoczne, to co można zobaczyć tylko wówczas, kiedy inni jeszcze śpią, to przed czym trzeba paść na kolana, żeby zobaczyć. Okazało się, że wyniki mojego raczkowania spodobały się najbliższym (a kiedy jest inaczej?).
PIERWSZE PREZENTACJE
W roku 2007 zacząłem pokazywać szerzej swoje zdjęcia. Najpierw była propozycja prezentacji w Digital Foto Video (październik 2007) i galeryjka na stronie dfv.pl. Następnie - w ciągu dwóch lat, cztery wystawy w Łodzi (Palmiarnia i Uniwersytet Medyczny). W roku 2008 wystawa obrazów rosy w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. Było to wielkie przeżycie dla początkującego fotografa przyrody - ekspozycja dwukrotnie przedłużana na życzenie Dyrektora Muzeum. Wystawie towarzyszył albumik "W świecie rosy i rosiczki". Dla zaprzyjaźnionej firmy zielarskiej KAWON w roku 2008 był wykonany kalendarz z moimi zdjęciami. Moje zdjęcia pająków znalazły się także w kalendarzu Arachnea 2008.
Całe to fotografowanie i prezentowanie moich zdjęć oraz pisanie na ten temat traktuję jako dobrą zabawę.
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009
Świt, pierwsze promienie przebijają się przez mgłę na zdobioną rosą łąkę i pobliski las. To najlepszy moment na wyjście z aparatem fotograficznym. Druga wspaniała do fotografowania pora dnia to późny...
MALOWANIE ŚWIATŁEM
Świt, pierwsze promienie przebijają się przez mgłę na zdobioną rosą łąkę i pobliski las. To najlepszy moment na wyjście z aparatem fotograficznym. Druga wspaniała do fotografowania pora dnia to późny wieczór, kiedy słońce skłania się ku horyzontowi. Światło tworzy piękną grę kolorów, a cienie wzmacniają plastykę obrazów. O świcie i zmierzchu obserwujemy wyjątkową dynamikę barw, która przekłada się na subtelną tonalność obrazu i „miękki kontrast”. Trwa to zawsze za krótko, czasem godzinę, czasem tylko pół. Czy można ten czas przedłużyć? Czasami wschodzące słońce nie może przebić się przez mgłę albo niebo pozostaje lekko przesłonięte chmurami. Wykorzystajmy to. Szerokie plany spróbujmy również fotografować zaraz po zachodzie słońca. W trudnych warunkach, mimo małej ilości światła, można uzyskać bardzo ciekawe ujęcia.
Jeżeli przebrniesz już przez sprawy techniczne fotografowania, kadrowanie i kompozycję ujęć, okaże się że w fotografii przyrodniczej (w innych jej rodzajach również) najważniejsza jest jakość światła i wynikająca z niej na zdjęciu dynamika barw oraz gra świateł i cieni. Dla mnie jest to ciągle najtrudniejsze; jeżeli mi się uda, jestem bardziej zadowolony niż z faktu sfotografowania nowego tematu.
Fotografując przyrodę potrzeba jednak mieć jeszcze trochę szczęścia, żeby fotografowany obiekt zechciał znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim świetle, żeby w takim miejscu i czasie znalazł się również fotograf i żeby był przygotowany aby nacisnąć spust migawki. Światło wykona „resztę” pracy.
LUBIĘ...
Lubię fotografować samotnie – z podchodu, wyjątkowo z zasiadki. Fotografując lubię chłonąć otaczającą przyrodę. Lubię, gdy fotografując skakuna ustrzelę sarnę. Lubię, gdy wczesnym rankiem defilują koło mnie krowy sąsiada, zdziwione za każdym razem – a ten tu znowu? Lubię, kiedy żona woła mnie na śniadanie. Lubię…
CO FOTOGRAFUJĘ
Interesuje mnie głównie fotografowanie zbliżeń (close-up photography - prawie macro) małej przyrody. Szczególnie dużo satysfakcji daje mi osobiste poznawanie tajemnic przyrody i odkrywanie przyrodniczych drobiazgów; może dlatego, że nie jestem biologiem tylko inżynierem. Drobiazgi te, powiększone na fotografii ujawniają „niewidzialne” piękno, bogactwo szczegółów i kompozycji barwnych. Moimi ulubionymi tematami są owady, pająki, grzyby, porosty, mchy i kwiaty zdobione rosą w pierwszych promieniach słońca. Jednym z wiodących kierunków jest również utrwalanie urody roślin leczniczych.
W czasie moich sesji na łące czy w lesie zdarzają się spotkania z większą zwierzyną; łupem stają się wówczas np. sarny czy nawet żurawie. Podczas fotografowania w plenerze obserwuję często piękne wschody i zachody słońca, burzowe chmury, zamglone krajobrazy i dzikie uroczyska. Trudno powstrzymać się wówczas od utrwalenia aparatem przeżywanej atmosfery. Czasami napotykam perełki starej wiejskiej architektury, zapadające w niebyt chaty czy stodoły kryte strzechą. Warto uchronić je od zapomnienia. Nie da się oczywiście uniknąć również fotografowania ludzi, zwłaszcza dzieci (wnuków); staram się wówczas utrwalać ich emocje. Zawsze traktuję to wszystko jako przyjemne urozmaicenie, po czym wracam do fotografowania przyrodniczych drobiazgów.
GDZIE FOTOGRAFUJĘ
Mam mój mały prywatny raj: dom na wsi, a wokół pola, suche ugory i podmokłe łąki, małe laski, torfowiska, bagienka i wysychające bajorka. Z rzadka porozrzucane ludzkie siedliska i żerujące między nimi sarny. Wychodzisz o świcie i słyszysz rozśpiewane ptaki; w maju śpiewają wiejskie słowiki („drą się” tak, że przy otwartym oknie nie da się spać). Wokół mgła, z którą walczą pierwsze promienie słoneczne. Czy można nie wyjść z aparatem w poszukiwaniu tematów do zdjęć? O wschodzie słońca słyszysz klangor żurawi dochodzący z pobliskich łąk, a za chwilę para tych pięknych ptaków przelatuje nad podwórkiem. Zające na podwórku (rzadko), sarny za płotem (często), krzyżaki, tygrzyki, skakany... po obu stronach. To wszystko w środku Polski (no, prawie), w promieniu kilkuset metrów od domu. Zaczynam fotografować, nie zawsze po gorącej herbacie, czasami nawet zanim jeszcze otworzę furtkę na łąkę. Od świtu poluję na „robale” i przez skórę chłonę przyrodę. Słońce wędruje nieubłaganie coraz wyżej; nie ma już rosy, nie ma pięknego, ciepłego światła, a ja nadal trwam wtopiony w łąkę. Do porządku przywołuje mnie dopiero głos żony „może przyjdziesz wreszcie na śniadanie?” Na łąkę wrócę wieczorem, kiedy pod lasem będą kłaść się cienie.
Kilkanaście kilometrów od domu odwiedzam malutkie torfowisko - królestwo wełnianki i rosiczki okrągłolistnej. Bardzo chętnie odwiedzam także Ogród Botaniczny w Łodzi czasem ogród roślin leczniczych w mojej Uczelni. No i są jeszcze Lasy Janowskie (mój rodzinny Janów Lubelski), gdzie włóczę się kilometrami po uroczyskach. Raz w roku chodzę po tatrzańskich halach. Czasami wracam myślami na Suwalszczyznę (poślubny spływ Czarną Hańczą, wędrówki po puszczy, wioskach i miasteczkach). I... "zawsze" jestem w swojej wsi.
INSPIRACJE, FASCYNACJE, KREOWANIE OBRAZÓW
Zaczynałem wiosną 2006 r. zainspirowany świetnymi makrofotografiami Marka Wyszomirskiego i wspierany jego radami. Szybko odkryłem strony internetowe fotografii przyrodniczej oraz częściej zacząłem oglądać wystawy i albumy. Dobre zdjęcia należy oglądać jak najczęściej. To bardzo ważne, pomaga bowiem w kształtowaniu estetyki fotograficznej. Po okresie fascynacji samymi tematami zdjęć, zacząłem zwracać uwagę na plastykę obrazu, jaką tworzą światło i cień. Tutaj bardzo pomocne jest poznanie malarstwa. Wiele wybitnych dzieł malarskich zawiera grę świateł i cieni.
Podczas fotografowania małych obiektów przyrodniczych, podobnie jak przy portretowaniu, ważny jest drugi plan - jego kompozycja, koloryt, sposób w jaki jest oświetlony oraz przede wszystkim jego ładne rozmycie (bokeh). Staram się, ale czy zawsze wszystko musi się udać?
FOTOGRAFIA JEST REJESTRACJĄ RZECZYWISTOŚCI
... ale rzeczywistość wcale nie jest jednoznaczna. Patrząc odbieramy wprawdzie obraz wszystkiego, co jest w zasięgu wzroku, ale obraz ten w oczach każdego patrzącego jest trochę inny. Różnimy się między sobą nie tylko jakością widzenia, ale również umiejętnością wypatrzenia tematu, wyborem perspektywy i różnym stopniem koncentracji na temacie. Każdy z nas ma zatem nieco inny ogląd rzeczywistości i utrwala w pamięci nieco inny jej obraz. Wzmocnienie widzenia następuje przede wszystkim przez koncentrację naszej uwagi na wybranym obiekcie. Jest to punktem wyjścia do fotografii w ogóle, i do kreowania zbliżenia fotograficznego w szczególności. Tutaj bardzo ważne jest użycie odpowiedniej optyki aparatu fotograficznego.
Fotografia umożliwia znacznie lepszą koncentrację na temacie niż oglądanie „na żywo”, gdyż – podobnie jak film, operuje kadrem. Robi to jednak inaczej niż film, ponieważ zatrzymuje obraz (zatrzymuje czas) i pozwalana na jego degustowanie, podczas gdy w filmie, podobnie jak w życiu, jest przemijanie. Co jest lepsze? I jedno i drugie.
Koncentrowanie uwagi na temacie/obiekcie można bardzo wzmocnić nie tylko przez wybór kadru, ale także przez wybór perspektywy, skali odwzorowania, ogniskowej i przysłony obiektywu i korekcję ekspozycji. Ważne jest określenie przesłania robionej fotografii: czy ma to być dokument czy kreowany obraz? Dokument powinien rzetelnie obrazować wygląd, budowę, funkcję, często również środowisko, w którym znajduje się fotografowany obiekt. Kreując obraz fotograficzny zastanawiam się bardziej nad kompozycją, perspektywą, odpowiednim wykorzystaniem światła oraz doborem ekspozycji w celu uzyskania pożądanego efektu estetycznego. Robiąc dokument (np. rodzinny) tak bardzo tego nie przestrzegam (fotopuryści, rozgrzeszcie mnie).
ZA MAŁO ŚWIATŁA
Fotografując „po rosie” czy o zmierzchu, często mam za mało światła. Ponieważ korzystam wyłącznie z naturalnego światła zastanego w terenie, zdjęcia są zazwyczaj niedoświetlane. Odpowiednio skorygowana ekspozycja pozwala, w tych warunkach, na „gubienie" tła i tworzenie obrazów fotograficznych, w których obiekt wyłania się z głębokiego cienia, dzięki czemu wzrok koncentruje się na szczegółach w jasnych partiach obrazu. Z pamięci przywoływane jest malarstwo mistrzów światła i cienia, jakże inspirujące w fotografii. Nie musi to być jednak nadrzędną zasadą. Czasem (zwłaszcza przy zbyt silnym świetle słonecznym albo na tle nieba) postępuję odwrotnie – koryguję ekspozycję dodatnio. Fotografując owady na łące w pełnym słońcu (nie lubię tego) pierwszy plan osłaniam przed słońcem (np. sobą), pozostawiając czasem mocniej oświetlone tło. Tło staje się jaśniejsze od tematu zdjęcia, i tylko trzeba wówczas koniecznie zadbać o ładny bokeh.
EFEKTY
Fotografuję dużo, w porównaniu z okresem fotografii analogowej - bardzo dużo (żona mówi, że jestem uzależniony). Wiele przyczyn sprawiło, że koncepcja fotografowania mało, ale dobrze - najlepiej jak mogę, stała się dla mnie nie do przyjęcia. Po pierwsze, technika fotografii cyfrowej wręcz zachęca do robienia jak największej liczby ujęć. Dziesięć, dwadzieścia zdjęć kosztuje praktycznie tyle samo co jedno. Niedobrze, jeżeli tej presji "taniości" fotografii cyfrowej poddamy się bez umiaru. Nasze zaangażowanie w kreowanie jakości zdjęć może na tym dużo stracić. Ale korzystając z umiarem możemy odnieść korzyści. Jeżeli tylko jest to możliwe zróbmy natychmiastową kontrolę wyniku, zróbmy powtórzenie, najlepiej kilka powtórzeń ze zmianą określonych parametrów, a następnie (w domu) dokonajmy wyboru najlepszego ujęcia. Warto jest ten sam obiekt sfotografować z różnej perspektywy uwzględniając tło i warunki oświetlenia. Ten sam gatunek owada czy pająka może być fotografowany w czasie spoczynku, polowania na ofiary, posilania się, życia rodzinnego, itd. W takim przypadku ilość ma szansę przejść w jakość; możemy tworzyć interesujące zestawy zdjęć. Fotografując o świcie - w czasie odrętwienia czy uśpienia moich modeli, mogę sobie pozwolić na ten komfort . Przyczyną robienia dużej ilości zdjęć w przyrodniczej fotografii zbliżeniowej jest jednak często zupełnie co innego - ruch. Najgorszy jest ruch powodowany podmuchami wiatru, nawet bardzo małymi. A dodajmy do tego jeszcze ruch własny owada. Właściwe ustawienie ostrości może być wówczas wielkim problemem.
Tak więc fotografuję dużo, bardzo dużo. 10% ujęć odrzucam od razu przeglądając na wyświetlaczu aparatu; 50% odrzucam na monitorze komputera; 20% opracowuję i oceniam; kilka procent pokazuję. Te procenty to tak z grubsza. Bywa, że wracam do zdjęcia wcześniej nie akceptowanego; coś mnie do tego podświadomie zmusza. Czasami je zachowuję, czasami odrzucam ponownie - teraz już ostatecznie. Co z tego dzisiaj (styczeń 2009) zostało? Kilka tysięcy zdjęć, wśród których kilkadziesiąt uważam za udane, w których dzisiaj nic bym nie zmienił, ale jutro? Nie marzę - jak się czasami słyszy, o zrobieniu "fotografii życia". Co bym robił później? Myślę natomiast o robieniu zdjęć znajdujących uznanie oglądających. Mnie cieszy bardziej sam akt robienia zdjęcia w środowisku przyrodniczym. Ich pokazanie wymaga często dodatkowej ingerencji w obraz zapisany na światłoczułej matrycy aparatu. Dotyczy to głównie kadrowania, poprawienia tonalności całego zdjęcia, nasycenia barw, kontrastu oraz usunięcia nadmiernych szumów i innych artefaktów. Zwykle jest to zatem obraz w jakimś stopniu przetworzony dla poprawienia estetyki z zachowaniem jednak jego prawdziwości w stopniu możliwie największym. Jest to wiec rzeczywistość widziana subiektywnie moimi oczami. Przygotowanie zdjęć do oglądania na stronie internetowej rządzi się swoimi prawami. W efekcie obraz jest znacznie zubożony, a oglądany efekt bardzo zależy od jakości i kalibracji użytego monitora.
Najlepszy odbiór wizualny zdjęcia możliwy jest tylko na dużej odbitce na papierze fotograficznym, wykonanej w dobrym fotolabie pod warunkiem zgodności kalibracji kolorów i dynamiki monitora użytego do edycji zdjęcia z urządzeniem użytym do wykonania odbitki. Dopiero wtedy można w pełni ocenić końcowy efekt. Dlatego drugim wydarzeniem w moim fotografowaniu, które mnie najbardziej cieszy, jest możliwość pokazywania zdjęć na wystawach.
Oczywiście, jak każdy fotografujący - mam swoje ulubione; nie zawsze są to te najlepsze, nie koniecznie muszą zdobyć uznanie innych. Jest to jedną z przyczyn, dla których nie wysyłam swoich zdjęć na konkursy. Oglądam wyniki wielu konkursów i stwierdzam, że mój subiektywny osąd zdjęć nagrodzonych i nie nagrodzonych bardzo często wyraźnie różni się od wyboru jurorów.
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009
PRZYRODNICZA FORTOGRAFIA ZBLIŻENIOWA (tekst zastrzeżony tylko dla początkujących)
Cz. 1. Macro vs. Close-up
Cz. 2. Kompakt czy lustrzanka
Cz. 3. Na początek kompakt
Cz. 4. Praktycznie rady dla początkujących makrowiczów
Cz. 5. Lumix G1 - kompakt z lustrzanki
Tekst zacząłem...
Cz. 1. Macro vs. Close-up
Cz. 2. Kompakt czy lustrzanka
Cz. 3. Na początek kompakt
Cz. 4. Praktycznie rady dla początkujących makrowiczów
Cz. 5. Lumix G1 - kompakt z lustrzanki
Tekst zacząłem pisać na początku 2008 roku; jest ciągle modyfikowany i uzupełniany.
Cz. 1. MACRO vs. CLOSE-UP
Formalnie moje fotografowanie nie mieści się w ramach makrofotografii. Fotografuję zbliżenia w skali odwzorowania obiektu na matrycy aparatu najczęściej mniejszej niż 1:1, zwykle 1:2 do 1:10. Oznacza to, że rejestrowany obraz jest 2-10x mniejszy od rzeczywistych wymiarów fotografowanego obiektu. Zgodnie z przyjętymi ścisłymi kryteriami w makrofotografii skala odwzorowania zaczyna się od 1:1 w górę, gdzieś do 10:1 a nawet 20:1 (dalej jest już mikrofotografia). Oznacza to, że rejestrowany obraz ma co najmniej takie same wymiary jak obiekt w rzeczywistości lub jest do 20x większy. Niektórzy autorzy opracowań o makrofotografii przesuwają jej granicę w dół - do skali odwzorowania 1:2. <http://lowendmac.com/digigraphics/35mm/lenses/macro.shtml>. Odpowiada to wielu istniejącym konstrukcjom obiektywów macro zapewniających maksymalnie tę właśnie skalę odwzorowania. Maksymalny możliwy do uzyskania obraz jest wówczas 2x mniejszy od obiektu.
W praktyce amatorskiej fotografowanie w całym zakresie omawianej skali odwzorowania (od 1:10 do 20:1) zalicza się jednak powszechnie do makrofotografii. Bardziej właściwe niż "makrofotografia" jest określenie "fotomakrografia", czyli fotografia z powiększeniem skali odwzorowania (na filmie lub matrycy). Nie wszystko co logiczne zdobywa sobie prawo obywatelstwa, również wśród fotografujących.
Do tej nieścisłości dołożę moją własną - tak półżartem. Dla mnie, prywatnie, fotomakrografia oznacza, że fotografia oglądana - obojętnie jak: na monitorze, odbitce z fotolabu, czasopiśmie czy książce przedstawia powiększony obraz obiektu. Kto tak naprawdę wie, poza fotografem, jakie było odwzorowanie na filmie/matrycy? Na większości powszechnie oglądanych fotografii (weźmy na przykład krajobraz, architekturę czy choćby portret) obraz jest znacznie mniejszy od fotografowanego obiektu. No to dlaczego nie przyjąć, że kiedy jest odwrotnie, mamy do czynienia z (foto)makrografią. Opis dotyczyłby w tym przypadku obrazu oglądanego, a nie zarejestrowanego. Nie prościej i bardziej praktycznie? No, ale dosyć tych "herezji".
Prawdziwą fotomakrografię (tę w wąskim, formalnym ujęciu) najlepiej jest oczywiście uprawiać lustrzanką z wykorzystaniem stałoogniskowych obiektywów skonstruowanych (odpowiednie rozmieszczenie układów soczewek) specjalnie do makrofotografii. Są to jedne z najlepszych obiektywów w ogóle, świetne również do fotografii portretowej. Mają one jednak zasadniczą wadę (dla większości fotoamatorów) - jest nią wysoka cena. W ofercie wielu firm są również tak lubiane uniwersalne obiektywy zmiennoogniskowe (zoomy) z oznaczeniem macro. Chociaż nie mają one konstrukcji swoistej dla typowych obiektywów macro, pozwalają na fotografowanie w dużym zbliżeniu, zwykle w skali odwzorowania do 1:2. Posiadacze lustrzanek mają jeszcze do dyspozycji cały szereg innych rozwiązań: pierścienie pośrednie, mieszki lub telekonwertery montowane między aparatem a obiektywem. Ponadto duże powiększenia dobrej jakości uzyskuje się montując w aparacie normalny obiektyw przy użyciu pierścieni odwrotnego mocowania.
Fotoamatorom chcącym zapoznać się szczegółowo z teorią i praktycznymi rozwiązaniami w zakresie makrofotografii (= fotomakrografii) polecam opracowanie Marka Wyszomirskiego <http://www.fotografia-rzyrodnicza.art.pl/porady.php?p=1>.
Cz. 2. KOMPAKT CZY LUSTRZANKA
Najważniejszą zaletą lustrzanek jest bardzo dobra jakość obrazu dla dużego zakresu czułości ISO (niezwykle ważne w warunkach słabego oświetlenia), a poza tym szybkość autofokusa i możliwość doboru odpowiedniego obiektywu. Jednakże nawet tanie amatorskie lustrzanki, jeżeli są wyposażone w dobre obiektywy macro, są dużo droższe od najdroższych kompaktów. A przecież na jednym obiektywie do lustrzanki zakupy „szkieł” nie kończą się. Dla części fotoamatorów zestawy lustrzankowe są zbyt ciężkie i niewygodne do makrofotografii przyrodniczej. Aspekt wygody jest dla mnie nie do przecenienia. Jakże kłopotliwe jest komponowanie obrazu rosiczki w bagnistym terenie posługując się wizjerem. Na szczęście producenci lustrzanek, w ślad za pionierską konstrukcją E 330 Olympusa, poważnie podeszli do problemu komponowania na wyświetlaczu w układzie live view. Możliwe jest nawet automatycznie ustawianie ostrości w tym układzie. Na początku 2008 r. korpusy E3 Olympusa, Lumix L10 Panasonika oraz alfa 300 i 350 Sony wyróżniały się bardzo korzystnie zastosowaniem w nich ruchomych wyświetlaczy. W ten sposób lustrzanki, czerpiąc z rozwiązań stosowanych od dawna w kompaktach, ułatwiają amatorską fotografię zbliżeniową. W podsumowaniu (moim, bardzo amatorskim): w lustrzance cyfrowej już nie tak długo zbędne będzie właśnie lustro!? Tylko..., że elektroniczne wizjery i wyświetlacze oraz szybkość strzelania w trybie live view "będą musiały stanąć na wysokości zadania". Ale czas pracuje na korzyść elektroniki.
Zaletą kompaktów, tych mających ruchomy wyświetlacz, jest przede wszystkim wygoda fotografowania. Aparaty kompaktowe z najwyższej półki mają ponadto bardzo dobre obiektywy. Nie bez znaczenia są znacznie niższe koszty sprzętowe (jeden aparat – jeden obiektyw). Ale kompakty mają poważne wady. Największą wadą kompaktów są ich malutkie matryce, w których producenci pakują coraz większą liczbę pikseli. Efektem są mikropiksele o wymiarze 2-3 μm, podczas gdy w lustrzankach mają one co najmniej 4-10 μm. Wynikają z tego same problemy: przede wszystkim mała dynamika i rozpiętość tonalna; małe piksele nie rejestrują wystarczająco różnic w ilości przyjmowanych fotonów. Dalej - duże szumy (błędne sygnały nawet przy niskich wartościach ISO), oraz przekłamane kolory. Należy unikać fotografowania w bezpośrednim silnym świetle słonecznym oraz zrezygnować z ustawień automatycznych, natomiast umiejętnie posługiwać się ustawieniami ręcznymi, zwłaszcza przesłony i kompensacji ekspozycji. Bardzo często zdjęcie bezpośrednio z aparatu nie nadaje się do wykonania dużej odbitki. Aby poradzić sobie z tymi problemami, należy nauczyć się odszumiania i dalszej globalnej obróbki (naprawiania) zapisanego obrazu w odpowiednim programie komputerowym. Ale uwaga dla początkujących – posługując się niesprawnie fotoedytorem można bardzo łatwo zdjęcie zepsuć.
Aparaty kompaktowe mają jeszcze jedną wadę podczas korzystania z wyświetlacza do komponowania zdjęcia: w silnym świetle obraz staje się niemal niewidoczny. Można temu częściowo przeciwdziałać regulując ustawienie ruchomego wyświetlacza.
Tryb macro - co to takiego?
Należy jednoznacznie stwierdzić, że tzw. tryb macro, proponowany w aparatach kompaktowych (czasami również w amatorskich lustrzankach) z obiektywami o zmiennej ogniskowej jest jednym wielkim oszustwem ze strony producentów. Poza małą skalą odwzorowania (mniejszą nawet niż 1:10), wadą towarzyszącą tego trybu jest zbyt duża głębia ostrości, nie pozwalająca na wystarczająco różnicujące wydobycie obiektu z otoczenia. Jak zatem zbliżyć się do fotomakrografii dysponując kompaktem? Okazuje się, że można. Wielu fotografów to robi lub robiło w przeszłości, zanim przesiedli się na lustrzanki. Do wyników prawdziwych lustrzankowych obiektywów macro można zbliżyć się nieco wykorzystując wysokiej jakości przystawki afokalne (makrokonwertery). Dokładniej temat ten rozwinę dalej. Z trybu "fałszywe macro" korzystam czasami - tylko kiedy potrzebny jest mi zakres skali odwzorowania, którą ten tryb zapewnia.
MÓJ IDEAŁ
Mój ideał aparatu do fotografii zbliżeniowej (abstrahując od wyboru: kompakt czy lustrzanka), cechuje:
1. Wysoka jakość zdjęć: ostrość, małe szumy, dobra dynamika i odwzorowanie barw, co zależy od dwóch spraw technicznych (p. 2 i 3).
2. Optyka o dobrej rozdzielczości, ogniskowa rzeczywista 50-100 mm; najczęściej fotografuję z użyciem monopodu. Kto używa stabilnego statywu trójnożnego może sobie pozwolić na ogniskową 150 mm i więcej). Nie wyobrażam sobie chodzenia po lesie i torfowiskach z ciężkim statywem, rozstawiania go na bagnie, ani tym bardziej szybkich strzałów do ruchomych miniobiektów, na które poluję z podchodu.
3. Matryca do 10 megapikseli (to wystarczy do kadrowania i nawet wystawowych powiększeń amatorskich), o możliwie dużych fizycznych rozmiarach (najlepiej lustrzankowa).
4. Ruchomy duży wyświetlacz live view do komponowania zdjęcia, dający dobry obraz w każdych warunkach oświetlenia.
5. Stabilizacja drgań (lepsza w obiektywie - ale dla lustrzanki z kilkoma obiektywami stabilizacja w korpusie wychodzi dużo taniej).
6. Wewnętrzne ogniskowanie w obiektywie (obiektyw o stałej długości zapewnia m.in. czystość w jego wnętrzu oraz wygodę podczas fotografowania z małych odległości).
7. Samowyzwalacz 2s oraz zdalne sterowanie migawką (najlepiej bezprzewodowo).
8. Dobra ergonomia (wygoda i jeszcze raz wygoda).
9. Niezbyt duże wymiary i masa całkowita (z obiektywem) poniżej 1 kg (kilka godzin chodzenia i fotografowania w trudnych warunkach terenowych).
10. Solidne metalowe gniazdo statywowe (ciągle manewruję monopodem).
Trudno spełnić wszystkie te wymagania w jednym aparacie. Najczęściej rozwiązanie jest kompromisem. Każdy fotografujący powinien stworzyć swoją hierarchię ważności wymagań stawianych aparatowi. Teoretycznie wygodnym, bliskim ideału do uprawiania fotografii zbliżeniowej może być zapowiadany (sierpień 2008) przez firmy Olympus i Panasonic system mikro cztery trzecie (M4/3): niby lustrzanka, a nie lustrzanka – aparat kompaktowy, ale z wymienną optyką. Mały lekki korpus (oby był solidny i szczelny) z matrycą 4/3 (oby była wysokiej jakości), bez lustra, ale z żywym podglądem w elektronicznym wizjerze (dobrej jakości) i na wyświetlaczu (ruchomym). Wielu autorów(no może nie aż tak wielu) zaczyna pisać o całkowitej zbędności lustra i pryzmatu w nowoczesnych (czytaj przyszłych) aparatach cyfrowych. Jestem zdecydowanie za takim rozwiązaniem. To jest przeżytek z lustrzanek analogowych, który zniknie, jeżeli wizjer (= wyświetlacz)elektroniczny dorówna, a może (?) przewyższy jakością wizjer optyczny. Wiele na to wskazuje; już teraz jego zaletą jest to, że pzwala na oglądanie kadru takim jaki będzie zarejestrowany. To bardzo ważne. Jest jeden poważny problem - duże ograniczenie: system live view narzuca wolniejszy sposób nastawiania ostrości techniką kontrastu. Tutaj zatem autofokus jest, jak na razie, wolniejszy niż klasyczny lustrzankowy. Ale przecież w fotografii zbliżniowej bardzo często korzysta się nie z AF lecz z ręcznego ustawiania ostrości.
A teraz szkła do systemu M4/3. Tu leży dzisiaj zasadniczy problem - nie ma dobrego wyboru bez uzycia pierścienia pośredniego (adaptera). Jeżeli komuś nie wystarczy jakość (wysoka przecież) obiektywów Zuiko, można oczekiwać w przyszłości doskonałych szkieł sygnowanych literką L. Czy już teraz obiektywy Olympusa nie zbliżyły się jakością do leikowskich i zeissowskich? Na różnych forach czytam, że są doskonałe. Dla zwolenników AF pozostaje jeszcze jeden problem - w większości wariantów: stare szkło + nowy korpus nie będzie działał AF, ale przecież w fotografii zbliżeniowej często korzystamy z ostrzenia ręcznego. Na uwagę zasługują mniejsze gabaryty i masa obiektywów w nowym systemie, wynikające z mniejszej odległości między ich tylną soczewką a matrycą (likwidacja komory z lustrem). Brak lustra oznacza m.in. eliminację drgań powodowanych jego „klapaniem”; to bardzo ważne. Mój niepokój budzi jedynie matryca: i nie chodzi tu tylko o bezsensowny z punktu widzenia jakości zdjęć megapikselowy wyścig (10 MP w systemie 4/3 to aż nadto), ale również o nie grzeszące jak dotychczas jakością matryce w systemie 4/3 produkowane przez firmę Panasonic i opracowywane przez, nie najlepsze, algorytmy formatu JPG. Mamy jednak przecież również możliwość zapisu zdjęcia w formacie RAW.
Powyższe pisałem na przełomie sierpnia/września 2008 (ta strona rodziła się długo). W połowie września nastąpiła internetowa prezentacja pierwszego aparatu systemu M4/3: Lumix DMC G1. Panasonic wyprzedził Olympusa!? W prerecenzjach eksperci oceniają produkt z umiarkowanym entuzjazmem, chwaląc koncepcję, ale i wskazując na minusy tego modelu. Na forach internetowych dominuje krytyka, ale są również wypowiedzi zdroworozsądkowe (ukazują się już testy i opinie niezależnych recenzentów). Czasami widać nawet zadowolenie z pojawienia się tego dopiero drugiego (może się mylę - nie wszystko czytam) po Sony R1, prawdziwego rozwiązania hybrydowego (lustrzankowa matryca w korpusie bez lustra). Jest to aparat niszowy, mogący zaspokoić potrzeby nawet wymagających amatorów, wypełniający lukę między zaawansowanym kompaktem (lepsza jakość zdjęć) a lustrzanką (wygodniejszy). Piszę „mogący”, bo o tym zadecyduje ostatecznie jakość zdjęć, i to przy czułości ISO w przedziale 400-800 oraz cena. Świetny R1 nie zdobył rynku. Dla fotografów lustrzankowych G1 może być też niewypałem lub zaledwie poręczniejszym uzupełnieniem do lustrzanek 4/3. Dla mnie - użytkownika FZ50, może to być idealny aparat do uzyskania lepszych wyników w fotografii zbliżeniowej - pod warunkiem użycia odpowiednich szkieł. No właśnie, obiektywy i ceny będą decydowały o sukcesie lub porażce bezlustrowego i bezpryzmatowego systemu M4/3. Osobiście stawiam na takie rozwiązanie. Może niepokoić trochę stała ekspozycja matrycy na światło po włączeniu aparatu, co powoduje jej nagrzewanie się i pogorszenie jakości zdjęcia. Kompakty, nawet te najlepsze, mają tak "od zawsze". Mnie niepokoi bardziej narażenie matrycy na zanieczyszczenia zewnętrzne podczas wymiany szkieł. Czy wystarczą obecne systemy odkurzające? Wcześniej pisałem, że system live view narzuca wolniejszy sposób nastawiania ostrości techniką kontrastu. W ocenach ekspertów i użytkowników szybkość autofokusa w G1 nie ustępuje szybkości pracy lustrzanek amatorskich!!!
Cz. 3. POZOSTAJĄC PRZY KOMPAKTACH
Fotografując zbliżenia kompaktem jedynym rozwiązaniem z wyboru są (przepraszam - były - do ukazania się G1) przystawki afokalne (soczewki powiększające montowane przed obiektywem), ale tutaj należy być bardzo ostrożnym. Używając apochromatycznych, dwu- lub trój-elementowych sklejanych przystawek afokalnych można uzyskać dobrej jakości zdjęcia, dające się powiększyć nawet do formatu 40x60 cm. Producenci aparatów fotograficznych (Canon, Nikon, Olympus, Panasonic, Pentax) wytwarzają dedykowane achromatyczne przystawki afokalne o bardzo dobrej jakości, w cenie kilkuset zł. Z drugiej strony na rynku jest dużo tanich soczewek (w kompletach są zazwyczaj trzy soczewki o różnej mocy), nawet z renomowanych firm optycznych, które należy od razu pominąć. Są to pojedyncze soczewki o dużych aberracjach sferycznych i barwowych. Kupione przeze mnie nowiutkie soczewki uznanej japońskiej firmy w cenie 30-40 zł za sztukę nigdy nie dały zadawalających wyników. Zdjęcia nie nadawały się do oglądania na skutek rozmycia obrazu. Po kilku próbach wybrałem stosunkowo tanie (poniżej 200 zł) konwertery Raynoxa. Ich jakość (rozdzielczość) dorównuje jakości leikowskich obiektywów w Lumixach. W stosunku do trybu „makro” aparatu FZ50 przy wartościach ogniskowej, powyżej 80 mm „moje” konwertery Raynoxa dają powiększenie ponad 4x (DCR-150, odległość między obiektem a przystawką około 18 cm) oraz ponad 6x (DCR-250, odległość około 11 cm). Jest to oczywiście fotografia close-up, a nie macro w ścisłym rozumieniu tego terminu. W połączeniu z kompaktowym superzumem jest ona wystarczająca do ponad 95% fotografowanych przeze mnie obiektów. Raynox oferuje jednak mocniejsze konwertery: MSN-202 (dla FZ50 powiększenie 20x, odległość od obiektu ok. 3 cm) i MSN-505 (powiększenie 27x, odległość od obiektu ok. 1,7 cm) . Zatem skala odwzorowania wynosi około 2:1, a to jest już prawdziwa makrofotografia. Wadą (nie tylko moim zdaniem) makrokonwerterów Raynoxa jest sposób ich mocowania na obiektywie za pomocą sprężynujących zaczepów. Niby to jest wygodne, ale jednocześnie dość trudno jest uzyskać koncentryczne ustawienie po osi obiektywu. Ponadto soczewki mają niewielką średnicę, co przy wielu obiektywach powoduje winietowanie, zwłaszcza w zakresie krótkich ogniskowych. Uważam, że znacznie lepszym rozwiązaniem są makrokonwertery z gwintem na obudowie. Korzystam z jednego z nich częściej niż z Raynoxa. Zalecam makrokonwertery o średnicy większej niż obiektyw. Nie tylko unika się winietowania, ale wykorzystuje się wówczas ich środkową, najlepiej skorygowaną część. Niezgodność gwintów koryguje się łatwo (i tanio) dobierając odpowiednie redukcje pierścieniowe.
Makrofotografia kompaktami z użyciem przystawek afokalnych ma swoje ograniczenia optyczne. Dla poprawnego fotografowania obiektów o różnej wielkości należy mieć zestaw przystawek o różnej mocy. Moc soczewki zmienia właściwości optyczne obiektywu (powiększenie) i sztywno decyduje o odległości aparatu od fotografowanego obiektu (równej lub bliskiej długości ogniskowej użytej soczewki). Zwłaszcza to ostatnie może okazać się bardzo niewygodne. Uzyskiwane powiększenie, natomiast, zależy nie tylko od mocy soczewki, ale również od ogniskowej obiektywu. Bardzo korzystne są tzw. superzoomy, w których zmieniając ogniskową, można wypełnić kadr obiektami o różnej wielkości. Nie wszystkie jednak obiektywy tego typu zapewniają dobrą jakość obrazu.
Na marginesie: po przekroczeniu 10- czy 12-krotności zoomów producenci chyba przesadzili, podobnie jak w przypadku ponad 10- i wiecej megapikselowych matryc w kompaktach. W obydwu przypadkach ten wyścig daje w efekcie wyraźne pogorszenie jakości zdjęć.
MÓJ WYBÓR APARATU KOMPAKTOWEGO
Zaczynałem od Lumixa FZ20 (kupionego do fotografii rodzinnej i ogólno-przyrodniczej), ale bardzo szybko okazało się, że podczas fotografowania przyziemnego (na poziomie 0-10 cm) nie do wykorzystania jest ani wizjer, ani nieruchomy wyświetlacz. Przesiadłem się na FZ50 – właściwie tylko dla odchylanego i obracanego wyświetlacza (co za wygoda), zdając sobie sprawę, że rezygnuję z jednego z najlepszych w kompaktach obiektywów (stałe światło F/2,8 dla całego zakresu 12x zoomu) otrzymując obiektyw wprawdzie zapewniający wyższą rozdzielczość, ale ze spadkiem maksymalnego otwarcia przesłony z F/2,0 do F/3,7 przy najdłuższej ogniskowej. To dla mnie bardzo duża strata światła, gdyż często mam go za mało. Walorem obiektywów w obu aparatach jest to, że są dobrze skorygowane dla zakresu tele. A matryca? No cóż, matryca (również oprogramowanie konwertujące do JPG ) w Lumiksach nie dorównuje optyce; podobnie jak w większości kompaktów, jest piętą achillesową aparatu. Wyjątkiem jest hybrydowy Sony R1 – ma dobrej jakości matrycę lustrzankową, i równocześnie doskonały obiektyw Zeissa. Próby użycia tego aparatu do mojego fotografowania na dały jednak dobrych wyników. Ten „najlepszy” z kompaktów był dla mnie mało wygodny do fotografii zbliżeniowej w terenie, a poza tym ma nieodpowiedni (znowu dla mnie) zakres ogniskowej w stosunku do wielkości matrycy. Inne kompakty, które brałem pod uwagę, to: stary ale wysoko ceniony Olympus C8080 oraz Canon S3, G6 i A610, Fujifilm S9600 i Sony H5.
Pozostałem przy Lumixach serii FZ. Dlaczego? Dla wygody: mam aparat o doskonałej ergonomii, wysokiej jakości obiektyw o wewnętrznym ogniskowaniu. Stała długość obiektywu jest ważna przy stosowaniu nasadek, a ponadto kurz prawie nie ma dostępu do wnętrza obiektywu, gdyż obiektyw jest zamknięty, nic się nie wysuwa. Pierścienie ręcznego ustawiania ogniskowej i ostrości działają bez zarzutu. No i ten ruchomy wyświetlacz: fotografując np. rosiczkę wolę kucnąć nad aparatem (zwykle siadam na malutkim stołeczku wędkarskim), niż leżeć na mokrym torfowisku i kadrować w wizjerze. Nie rozumiem fotografów wychwalających babranie się w błocie, jeżeli można tego uniknąć. Zamiast trójnożnego statywu używam monopodu lub kieszonkowego ale mocnego ministatywu oraz małej poduszki wypchanej gryczanymi plewami (nie znalazłem lepszego sypkiego materiału do tego celu; tak wychwalany groch przegrywa już na samym starcie; dlaczego? - sprawdźcie sami).
Czy Lumix FZ50 jest/był rzeczywiście najlepszym aparatem kompaktowym? Dla wielu amatorów raczej nie. Szumy oczywiście są zbyt widoczne (chociaż niekiedy ładne); może to wada osobnicza, gdyż w niektórych opiniach FZ50 chwalony jest za niskie szumy nawet dla czułości do ISO 400. U mnie szumy są już przy ISO 100, i niestety narastają przy ujemnej korekcji ekspozycji. Zdjęcia, wymagają totalnej korekty w programie graficznym, zwłaszcza jeżeli chce się robić duże powiększenia. Przed zrobieniem zdjęcia należy dobrze przemyśleć ręczne ustawienia, a po wczytaniu do komputera trzeba jeszcze sporo poprawić. Dla mnie jednak FZ50 w roku 2007 był jedynym kompaktem z wyboru.
Złota myśl 1. - nie moja
Czas na złotą myśl, która pochodzi z doskonałego felietonu Wojtka Tkaczyńskiego opublikowanego 11 marca 2007 r. na łamach Fotopolis, http://www.fotopolis.pl/index.php?n=5623: „… pamiętajcie, że nie ma aparatu najlepszego dla wszystkich. Najważniejszym kryterium oceny sprzętu jest jego przydatność do realizacji Waszych zamierzeń.” W tym sformułowaniu jest zawarta cała prawda, i tylko prawda. Doskonale wiedzą o tym profesjonaliści, podczas gdy amatorzy toczą zażarte, często jałowe dyskusje i prezentują skrajnie rozbieżne poglądy na temat sprzętu do fotografowania (bywa, że nie mieli go nawet w ręku), zamiast robić coraz lepsze zdjęcia tym sprzętem który mają.
4. PRAKTYCZNE RADY DLA KOMPAKTOWYCH MAKROWICZÓW
Trzy parametry optyki
Pomińmy oczywistą zależność jakości zdjęcia od jakości obiektywu i matrycy, a zajmijmy się zupełnie inną sprawą – praktyczną współzależnością trzech parametrów: średnicy przystawki afokalnej, średnicy obiektywu i długości jego ogniskowej. Te trzy parametry analizowane łącznie są istotne z wielu powodów. Średnica nasadki powiększającej powinna być dobrana do średnicy obiektywu; najlepiej kiedy jest większa. Zbyt mała średnica soczewki powoduje winietowanie. Ponadto, znacznie lepszą jakość obrazu uzyskuje się korzystając tylko ze środkowej części soczewki. A zatem celowe jest montowanie na obiektywie możliwie dużych soczewek stosując odpowiednie pierścienie przejściowe. Używane przeze mnie konwertery Raynoxa mają niestety średnicę zaledwie 43 mm. Pracując Lumixem serii FZ nie można z tego powodu stosować zbyt krótkiej ogniskowej. Z zastosowania dłuższej ogniskowej obiektywu wynikają jednak korzyści: im dłuższa jest ogniskowa tym większe jest powiększenie i mniejsza głębia ostrości, ale tym precyzyjniej można nastawić ostrość. Generalnie, rzeczywista ogniskowa na końcu tele w większości kompaktów jest znacznie krótsza, aniżeli możliwa do uzyskania w lustrzankowych obiektywach do makrofotografii. Przy małej matrycy, wydawać by się mogło zatem, że głębia ostrości w kompaktach nie powinna być za mała, a nawet może być zbyt duża. Czy jednak zawsze w makrofotografii mała głębia ostrości jest korzystna? Bywa tak, że ostrząc obraz na wyświetlaczu kompaktu na oko owada uzyskuję nieostry jego „nos” czy inny bliski detal, który chcę również wyraźnie eksponować. Jakże wówczas przydałaby się większa głębia ostrości. W ograniczonym stopniu można ją zwiększyć przez odpowiedni dobór przysłony. Dochodzimy tu znowu do ważności wyborów ustawień w aparacie.
ISO i ekspozycja
Fotografuję w naturalnych warunkach z światłem zastanym. Nie używam flesza (nie lubię tego oświetlenia, bo gubi plastykę obrazu), a blendę używam rzadko, bo zazwyczaj nie ma na to czasu. Czasami, przy mocnym słońcu nieco zacieniam obiekt sobą lub tym co mam pod ręką, ale w zasadzie unikam fotografowania w takich warunkach. Za fleszowstręt płacę ograniczeniami i problemami dotyczącymi ekspozycji. To bardzo wysoka cena, ale taki jest mój wybór. Kiedy oglądam zdjęcia makro robione z fleszem, brakuje im plastyki obrazu. Niektórzy fotografują z fleszem stawiając wręcz tezę, że inaczej przecież nie można. Można, oczywiście że można. Fotografując kompaktem staram się nie używać czułości większej niż ISO 100, najwyżej 200. Czasami wstępnie wybieram (np. w trybie bracketing) i ustawiam najlepszą (subiektywnie) kompensację ekspozycji. Zwykle stosuję kompensację -1/3 EV, ale jeżeli trzeba (obiekt w słońcu, bez zacienienia) to nawet do -2EV. To dobrze pasuje do uprzednio wybranej niskiej czułości, szczególnie przy skąpym świetle o świcie i zmierzchu. Fotografując jednak np. pająki na tle jasnego nieba kompensuję ekspozycję mocno w kierunku przeciwnym. Moja rada: należy próbować i poprawiać, aż uzyskamy zadawalający wynik.
Przysłona i czas ekspozycji
Obiektyw w FZ20/FZ50) jest najlepiej skorygowany dla otworu F 2,8-F5,2. Należy to wykorzystać. Wyższe wartości przysłony (mniejsza dziura) ustawiam tylko wówczas, gdy chcę zwiększyć głębię ostrości. Od priorytetu wyboru przysłony odchodzę, jedynie jeżeli obiekt jest zbyt ruchliwy i potrzebny jest krótki czas migawki. Wówczas priorytet ma czas.
Ustawianie ostrości
Ustawianie ostrości przy zastosowaniu przystawek afokalnych jest sprawą szczególną. Przystawka sprawia, że o ostrości decyduje przede wszystkim odległość ogniskowania zmienionego układu optycznego, a zatem odległość aparatu od obiektu. Dla wygody podaję odległości od przedniej soczewki aparatu (prawidłowo powinno być - od płaszczyzny matrycy albo od optycznego środka obiektywu, ale kto wie gdzie jest ten środek? A zatem od przedniej soczewki. W przypadku konwerterów Raynoxa jest to około 11 cm dla DCR-250 (moc ok. 6,5 dioptrii) i około 18 cm dla DCR-150 (moc 9 dioptrii). Dla soczewek o mniejszej mocy odległości są znacznie większe, np: ok. 25 cm dla 4 dioptrii, ok. 50 cm dla 2 dioptrii, ok. 100 cm dla 1 dioptrii. Około, a nie dokładnie tyle, ponieważ nie jest to wartość stała - ma tu nieco do powiedzenia również wybrana przez nas ogniskowa obiektywu. Ale różnice w odległości wynikające z zastosowanej ogniskowej nie są zbyt duże. Po zgrubnym „złapaniu” odległości należy obraz dokładnie wyostrzyć w trybie manualnym lub automatycznym. Uprawiając fotografię „małej przyrody” z zasady rezygnuję z komponowania i ustawiania ostrości w wizjerze. Dobry ruchomy wyświetlacz jest do takiego fotografowana niezastąpiony, pozwala nie tylko na komfortową pracę w trudnych warunkach, ale także na obserwowanie otoczenia. W FZ 20 ostrzenie manualne nie należy do łatwych i przyjemnych, ale za to AF ostrzy szybko i bezbłędnie. W FZ 50 manualne ustawianie ostrości (ze względu na jakość wyświetlacza), podobnie jak wybór ogniskowej, są komfortowe. Przy małych wartościach ogniskowej najczęściej korzystam z ostrzenia ręcznego, przy końcu tele – raczej z autofokusa. Czy tak, czy tak - o złapaniu ostrości lub jej utracie decydują minimalne ruchy aparatu w kierunku do obiektu. Można nawet przyjąć ten ruch jako ostatecznie decydujący w procesie ostrzenia.
W fotografii zbliżeniowej pierwszoplanową rolę odgrywa głębia ostrości (GO), która jest bardzo mała – milimetrowa, a czasami wręcz „papierowa”. To dobrze i źle zarazem. Mała GO pozwala, z jednej strony, na jednoczesne wyeksponowanie obiektu i neutralizację lub eliminację niechcianego tła, ale może jej brakować, kiedy chcemy żeby ostre były i czułki, i oko, i chociaż jedna noga motyla. W fotografii zbliżeniowej, bardziej niż w „normalnej” GO zależy od skali odwzorowania: im odwzorowanie większe, tym GO mniejsza. Oczywiście pośrednio zależy od użytej ogniskowej obiektywu, odległości i wielkości matrycy, ale właśnie pośrednio - przez skalę odwzorowania. Pomijam ważne zagadnienie wielkości prążka rozproszenia, która także ma wpływ na GO, ale dla określonej wielkości matrycy ma wartość stałą. Należy to uwzględnić, kiedy porównuje się fotografowanie aparatami różniącymi się znacznie wielkością matrycy. Zwiększenie rozmiarów matrycy zwiększa krążek rozproszenia i zmniejsza GO. Dla nas (fotografujemy jednym aparatem) drugim parametrem, obok skali odwzorowania, którym możemy zmieniać GO jest przysłona: zwiększeniu GO sprzyja zmniejszenie otworu w obiektywie. Ale tutaj ostrożnie – w aparatach kompaktowych po przekroczeniu F/5 – F/8 spada jakość obrazu na skutek zjawiska dyfrakcji. A wracając do naszego motyla – niewiele można poradzić w zakresie zwiększenia GO: może niech lepiej motyl ustawi się inaczej, może niech fotograf zmieni kierunek fotografowania, a może przeciwnie – przez małą GO uzyska się interesujący efekt estetyczny i wzmocnienie wizualnego odbioru obrazu. Starajmy się odwracać niekorzystne parametry fotografowania na korzyść końcowego obrazu.
Złota myśl 2. - teraz już moja
Uczmy się od najlepszych, oglądajmy ich prace jednak krytycznie; ale najbardziej krytycznie oglądajmy przede wszystkim swoje zdjęcia. Róbmy je jednak po swojemu - starajmy się być rozpoznawalni (oj, to chyba już jednak nie jest moje).
Cz. 5. Lumix G1 - KOMPAKT Z LUSTRZANKI
Pisane 3 lutego 2009:
W ubiegłym tygodniu miałem G1 w ręku, zrobiłem zdjęcia testowe - czułość ISO 400: szumy? Drobniutkie jednorodne szare ziarenka, nie ma kolorowych artefaktów. Chciałbym mieć takie szumy przy ISO 100 z matrycy w FZ50. Zapadła decyzja - wczoraj złożyłem zamówienie w e-cyfrowe. Aparat ma przyjść jutro. Teraz dopiero zaczną się schody: jaki do tego obiektyw macro?
Pisane 8 lutego 2009:
Mam go od czterech dni - zaczynam poznawać i uczyć się. Pierwsze ważenie po wzięciu do ręki jest, niestety, negatywne: korpus jest za mały - dla mnie, bo wielu autorów pisze, że jest za duży, ale przecież to nie jest aparat do kieszeni, ani nawet do damskiej torebki. Wydaje mi się natomiast, że G1 będzie doskonale pasował do damskiej ręki. Ergonomia gorsza niż w FZ50: źle się go trzyma, rozkład przycisków za ciasny (można przypadkowo nacisnąć "coś"), pierścień ręcznego ostrzenia jest trochę za wąski, kręcenie nim nie jest zbyt wygodne - chyba za blisko pierścienia zoomu. Jeszcze raz podkreślam, że te negatywne uwagi dotyczą dużych męskich rąk z długimi i grubymi palcami. Palce, niestety, mam długie, ale przestaje to być ważne, gdyż do moich zdjęć zbliżeniowych i tak będę musiał użyć innych obiektywów, np.: Zuiko, Tamron, Sigma czy starych, doskonałych i tanich obiektywów M42 (od Praktiki czy Zenita), odsunąć je od korpusu adapterem, ewentualnie dodać jeszcze pierścienie pośrednie lub pierścień odwrotnego mocowania. Obiektywy M42 to propozycja mojego guru, Marka Wyszomirskiego. Ostrzenie w każdym przypadku będzie oczywiście ręczne, ale to na wyświetlaczu G1 robi się komfortowo dzięki powiększaniu się obrazu, chociaż czasami będzie za mało czasu.
Co dobrego w pierwszym wrażeniu? Na pochwałę zasługuje duży wyświetlacz, jego mocowanie, jakość obrazu na nim, komfort komponowania w pozycji pionowej z żabiej perspektywy (prawie niemożliwe w FZ50). Szybkość ostrzenia AF w trybie live view jest rewelacyjna; żadna sprawdzana przeze mnie lustrzanka w trybie live view nie dorównuje G1. Ale żeby nie było tak słodko - zapis nawet w formacie JPG jest powolny - wyświetlacz zamiera, a przypadku RAW+JPG zamiera na baaardzo długo. Wracam do pozytywów: aparat zapewnia mnóstwo ustawień manualnych, co czyni go dobrym sprzętem do fotografowania w rękach nawet bardzo wymagającego fotoamatora. Dojście do niektórych funkcji i nastaw jest mało intuicyjne. Żeby te możliwości wykorzystać i zacząć świadomie fotografować należy bezwzględnie przekopać całą instrukcję.
TESTY LUMIXA G1
Pisane 7 marca 2009 - w miejsce tekstu z 22 lutego.
Ostatecznie przetestowałem trzy egzemplarze G1 - są różnice w jakości zdjęć (charakter szumu, oddanie szczegółów). Trzeci aparat (korpus) zadawala mnie całkowicie. Testy wstępne z użyciem makrokonwertera Raynox DCR 250 (około 8 dioptrii)i Olumpus MCON-40 (2,5 dioptrii, ogniskowa 400 mm)wykonane na "domowych" modelach. Raynox daje niezłe zwiększenie skali, ale winietowanie występuje przy wszystkich długościach ogniskowej. Należy fotografować w zakresie f= 30-45 mm, a następnie kardować. Zdjęcia ilustrujące wyniki testu zamieszczone są w galerii obok. Konwewrter Olympusa o dużej średnicy nie winietuje w całym zakresie zoomu, ale pozwala zwiększyć skalę odwzorowania tylko o 30%.
Pozostając przy obiektywie kitowym 14-45 mm i konwerterach, należy używać tych o większej średnicy, dobranej do gwintu filtrowego i możliwie dużej mocy skupiania, np. 4-10 dioptrii. To zmusza do fotografowania z małej odległości, odpowiadającej ich ogniskowej (od 200 do 100 mm).
Po testach wstępnych wybrałem się na wystawę storczyków w łódzkim Ogrodzie Botanicznym. Oświetlenie sztuczne mieszane (świetlówki+reflektorki halogenowe). Ustawiłem automatyczny balans bieli (nie mam zastrzeżeń do wyników), czułość 400ISO (wg pomiarów dxomark jest jednak wyższa, bo 540, zakres dynamiki około 8,9EV) - jakość całkowicie do zakceptowania bez usuwania szumów (moim zdaniem). Fotografowałem z wykorzystaniem makrokonwertera Olympus MCON-40. To wystarcza przy fotografowaniu kwiatostanów. Można również poprzestać na "gołym" obiektywie. Czasy długie, zatem wszystko ze statywu. Przetestowałem szeroki zakres ustawień ujemnej kompensacji ekspozycji, ponieważ taką korekcję stosuję zazwyczaj fotografując w terenie. Zapis w formacie JPG. W PhotoShopie usunięcie "pustego" w poziomach. Zdjęcia zostały maksymalnie przycięte (dla usunięcia niepożądanych elementów), zmniejszone do prezentacji w internecie i minimalnie wyostrzone. Na RAW przyjdzie czas, albo i nie przyjdzie, bo w JPGu nie jest źle.
Jedno zdjęcie jest powtórzone w czułości 1600 ISO (wg dxomark około 2080 ISO, dynamika około około 6,8EV; wynik nie do zaakceptowania). Granica akceptacji leży gdzieś około 800 ISO (wg dxomark jest to ponad 1100 ISO, dynamika 8,15EV).
Pisane 24 marca 2009
Nareszcie był ładny, wiosenny dzień i testy w terenie. W silnym słońcu, kiedy FZ50 zawodzi, G1 spisał się dobrze.
Obok próbki z natury. Szkło, jak na kitowe, nie jest złe, tylko przydałaby się dłuższa ogniskowa, przynajmniej do 100 mm. Przy 45 mm moje makrokonwertery nie dają wystarczającej skali odwzorowania. Konieczny będzie zakup obiektywu macro.
Maj 2010
Miałem okazję przetestowania dwóch obiektywów macro.
1. Zuiko 50 mm F/2,0 macro (z G1 przez adapter, ostrzenie tylko w trybie manualnym). Kultura pracy nie jest najlepsza - obiektyw hrumka podczas ostrzenia.
odstrzenie manualne jest bardzo precyzyjne, ale w terenie trudne – zbyt duże powiększenie „lupki” w G1. Z bardzo dobrym wynikiem można fotografować rośliny, jednak do owadów, zwłaszcza w ruchu, MF nie zdaje egzaminu. Poza tym zbyt mała skala odwzorowania (1:2), chociaż przy przyzwoitej odległości roboczej ok. 10cm.
2. Elmarit 45 mm F/2,8 macro (z G1 zarówno MF jak i AF)
Komfort fotografowania i kultura pracy obiektywu bardzo dobre (ostrzenie ciche, w trybie MF gładkie). Przy bardzo małych odległościach AF jednak błądzi, trzeba ostrzyć wstępnie trybie MF, a następnie AF na punkt, co przy owadach jest nie do przyjęcia.
Obiektyw pięknie maluje rośliny (tu celujący), ale z ostrym rysowaniem oka robala nie jest dobrze (nie dam nawet pełnej czwórki). Odwzorowanie szczegółów, jak na szkło macro, nie jest wystarczające, może do portretów – ale F/2,8 daje raczej za dużą GO).
Skala odwzorowania 1:1 zachęca, ale odległość robocza tylko ok. 5cm zniechęca.
Werdykt
Przy kwiatkach PanLeica 45mm wygrywa zdecydowanie z Zuiko 50mm (kłopotliwy MF), pomimo lepszej jakości optycznej tego ostatniego. Rozdzielczość PanLeiki 45mm pozostaje daleko w tyle w stosunku do możliwości matrycy G1. Co to ma wspólnego z jakością obiektywów sygnowanych jako „Leica”? Kitowy Elmarit 14-45mm (ponad 2000 zł z korpusem) i długie zoomy w moich kompaktowych Lumixach za ok. 1000 zł mają lepszą jakość optyczną niż testowany przeze mnie egzemplarz stałoogniskowego Elmarita 45 mm macro za ponad 3000 zł. Cena PanLeiki w porównaniu z jakością optyczną jest z sufitu; wyceniam ten obiektyw na około 1500 zł, a już na pewno niżej aniżeli dużo lepszy optycznie Zuiko 50mm.
Co zatem dalej?
Potrzebny jest mi ostry i jasny, najlepiej F/2,0 (przyda się również do portretowania) obiektyw macro 1:1 z ogniskową około 100mm, ostrzący automatycznie z G1. Może wypuści coś takiego Sigma, może Olympus. Marzenia?!
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009
Recent comments
O MNIE (można sobie darować)
| show fullshow summaryW życiu dobrze jest mieć pasję, a nawet kilka. Jeżeli jednak masz pasję, to jesteś uzależniony (może nawet zakręcony), a wtedy masz problem z dzieleniem swojego czasu (i pieniędzy). Życzę Ci wyrozumiałości najbliższych; ja mam ...
W życiu dobrze jest mieć pasję, a nawet kilka. Jeżeli jednak masz pasję, to jesteś uzależniony (może nawet zakręcony), a wtedy masz problem z dzieleniem swojego czasu (i pieniędzy). Życzę Ci wyrozumiałości najbliższych; ja mam szczęście tego doświadczać.
Jestem inżynierem – absolwentem Politechniki Łódzkiej i (tak się jakoś złożyło) profesorem na Wydziale Farmaceutycznym UM w Łodzi. A pół żartem – pół serio: może powinienem (był) być leśnikiem, może biologiem od skakunów, może fotografem przyrody?
POCZĄTKI
Zdjęcia robiłem od czasów Druha (odbitki stykowe), później był Zenit, krótko Exacta Varex, krótko dwuobiektywowa lustrzanka Flexaret i najdłużej Praktica nova + ręczny światłomierz. Potem była długa przerwa; od czasu do czasu tylko zdjęcia rodzinne i wakacyjne.
Wiosną 2006 roku zobaczyłem makrofotografie Marka Wyszomirskiego. To był początek mojej nowej przygody, która przerodziła się w pasję. Od Marka pobierałem nauki sprzętowe. Zacząłem oglądać zdjęcia przyrodnicze w Internecie i coraz częściej docierałem do wspaniałych galerii; trafiały się perełki; jedną z pierwszych była strona A. i D. Wojciechowskich z Krakowa. Stąd na stronę Związku Polskich Fotografów Przyrody, a dalej na strony jego członków. Później strony dalszych światowych liderów fotografii przyrodniczej i ostatnio Foto-Przyroda, której klimat i konwencja wymiany myśli bardzo mi odpowiadają. W tym czasie dużo przeczytanych tekstów, dyskusji, porad. Taka przyśpieszona nauka fotografowania przyrody i fotografowania w ogóle. Pozostałem wierny przede wszystkim fotozbliżeniom. Staram się dostrzegać i fotografować to, co jest dla większości z nas mało widoczne, to co można zobaczyć tylko wówczas, kiedy inni jeszcze śpią, to przed czym trzeba paść na kolana, żeby zobaczyć. Okazało się, że wyniki mojego raczkowania spodobały się najbliższym (a kiedy jest inaczej?).
PIERWSZE PREZENTACJE
W roku 2007 zacząłem pokazywać szerzej swoje zdjęcia. Najpierw była propozycja prezentacji w Digital Foto Video (październik 2007) i galeryjka na stronie dfv.pl. Następnie - w ciągu dwóch lat, cztery wystawy w Łodzi (Palmiarnia i Uniwersytet Medyczny). W roku 2008 wystawa obrazów rosy w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. Było to wielkie przeżycie dla początkującego fotografa przyrody - ekspozycja dwukrotnie przedłużana na życzenie Dyrektora Muzeum. Wystawie towarzyszył albumik "W świecie rosy i rosiczki". Dla zaprzyjaźnionej firmy zielarskiej KAWON w roku 2008 był wykonany kalendarz z moimi zdjęciami. Moje zdjęcia pająków znalazły się także w kalendarzu Arachnea 2008.
Całe to fotografowanie i prezentowanie moich zdjęć oraz pisanie na ten temat traktuję jako dobrą zabawę.
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009
MOJE FOTOGRAFOWANIE (tutaj odkrywam dawno odkryte)
| show fullshow summaryMALOWANIE ŚWIATŁEM
Świt, pierwsze promienie przebijają się przez mgłę na zdobioną rosą łąkę i pobliski las. To najlepszy moment na wyjście z aparatem fotograficznym. Druga wspaniała do fotografowania pora dnia to późny...
MALOWANIE ŚWIATŁEM
Świt, pierwsze promienie przebijają się przez mgłę na zdobioną rosą łąkę i pobliski las. To najlepszy moment na wyjście z aparatem fotograficznym. Druga wspaniała do fotografowania pora dnia to późny wieczór, kiedy słońce skłania się ku horyzontowi. Światło tworzy piękną grę kolorów, a cienie wzmacniają plastykę obrazów. O świcie i zmierzchu obserwujemy wyjątkową dynamikę barw, która przekłada się na subtelną tonalność obrazu i „miękki kontrast”. Trwa to zawsze za krótko, czasem godzinę, czasem tylko pół. Czy można ten czas przedłużyć? Czasami wschodzące słońce nie może przebić się przez mgłę albo niebo pozostaje lekko przesłonięte chmurami. Wykorzystajmy to. Szerokie plany spróbujmy również fotografować zaraz po zachodzie słońca. W trudnych warunkach, mimo małej ilości światła, można uzyskać bardzo ciekawe ujęcia.
Jeżeli przebrniesz już przez sprawy techniczne fotografowania, kadrowanie i kompozycję ujęć, okaże się że w fotografii przyrodniczej (w innych jej rodzajach również) najważniejsza jest jakość światła i wynikająca z niej na zdjęciu dynamika barw oraz gra świateł i cieni. Dla mnie jest to ciągle najtrudniejsze; jeżeli mi się uda, jestem bardziej zadowolony niż z faktu sfotografowania nowego tematu.
Fotografując przyrodę potrzeba jednak mieć jeszcze trochę szczęścia, żeby fotografowany obiekt zechciał znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim świetle, żeby w takim miejscu i czasie znalazł się również fotograf i żeby był przygotowany aby nacisnąć spust migawki. Światło wykona „resztę” pracy.
LUBIĘ...
Lubię fotografować samotnie – z podchodu, wyjątkowo z zasiadki. Fotografując lubię chłonąć otaczającą przyrodę. Lubię, gdy fotografując skakuna ustrzelę sarnę. Lubię, gdy wczesnym rankiem defilują koło mnie krowy sąsiada, zdziwione za każdym razem – a ten tu znowu? Lubię, kiedy żona woła mnie na śniadanie. Lubię…
CO FOTOGRAFUJĘ
Interesuje mnie głównie fotografowanie zbliżeń (close-up photography - prawie macro) małej przyrody. Szczególnie dużo satysfakcji daje mi osobiste poznawanie tajemnic przyrody i odkrywanie przyrodniczych drobiazgów; może dlatego, że nie jestem biologiem tylko inżynierem. Drobiazgi te, powiększone na fotografii ujawniają „niewidzialne” piękno, bogactwo szczegółów i kompozycji barwnych. Moimi ulubionymi tematami są owady, pająki, grzyby, porosty, mchy i kwiaty zdobione rosą w pierwszych promieniach słońca. Jednym z wiodących kierunków jest również utrwalanie urody roślin leczniczych.
W czasie moich sesji na łące czy w lesie zdarzają się spotkania z większą zwierzyną; łupem stają się wówczas np. sarny czy nawet żurawie. Podczas fotografowania w plenerze obserwuję często piękne wschody i zachody słońca, burzowe chmury, zamglone krajobrazy i dzikie uroczyska. Trudno powstrzymać się wówczas od utrwalenia aparatem przeżywanej atmosfery. Czasami napotykam perełki starej wiejskiej architektury, zapadające w niebyt chaty czy stodoły kryte strzechą. Warto uchronić je od zapomnienia. Nie da się oczywiście uniknąć również fotografowania ludzi, zwłaszcza dzieci (wnuków); staram się wówczas utrwalać ich emocje. Zawsze traktuję to wszystko jako przyjemne urozmaicenie, po czym wracam do fotografowania przyrodniczych drobiazgów.
GDZIE FOTOGRAFUJĘ
Mam mój mały prywatny raj: dom na wsi, a wokół pola, suche ugory i podmokłe łąki, małe laski, torfowiska, bagienka i wysychające bajorka. Z rzadka porozrzucane ludzkie siedliska i żerujące między nimi sarny. Wychodzisz o świcie i słyszysz rozśpiewane ptaki; w maju śpiewają wiejskie słowiki („drą się” tak, że przy otwartym oknie nie da się spać). Wokół mgła, z którą walczą pierwsze promienie słoneczne. Czy można nie wyjść z aparatem w poszukiwaniu tematów do zdjęć? O wschodzie słońca słyszysz klangor żurawi dochodzący z pobliskich łąk, a za chwilę para tych pięknych ptaków przelatuje nad podwórkiem. Zające na podwórku (rzadko), sarny za płotem (często), krzyżaki, tygrzyki, skakany... po obu stronach. To wszystko w środku Polski (no, prawie), w promieniu kilkuset metrów od domu. Zaczynam fotografować, nie zawsze po gorącej herbacie, czasami nawet zanim jeszcze otworzę furtkę na łąkę. Od świtu poluję na „robale” i przez skórę chłonę przyrodę. Słońce wędruje nieubłaganie coraz wyżej; nie ma już rosy, nie ma pięknego, ciepłego światła, a ja nadal trwam wtopiony w łąkę. Do porządku przywołuje mnie dopiero głos żony „może przyjdziesz wreszcie na śniadanie?” Na łąkę wrócę wieczorem, kiedy pod lasem będą kłaść się cienie.
Kilkanaście kilometrów od domu odwiedzam malutkie torfowisko - królestwo wełnianki i rosiczki okrągłolistnej. Bardzo chętnie odwiedzam także Ogród Botaniczny w Łodzi czasem ogród roślin leczniczych w mojej Uczelni. No i są jeszcze Lasy Janowskie (mój rodzinny Janów Lubelski), gdzie włóczę się kilometrami po uroczyskach. Raz w roku chodzę po tatrzańskich halach. Czasami wracam myślami na Suwalszczyznę (poślubny spływ Czarną Hańczą, wędrówki po puszczy, wioskach i miasteczkach). I... "zawsze" jestem w swojej wsi.
INSPIRACJE, FASCYNACJE, KREOWANIE OBRAZÓW
Zaczynałem wiosną 2006 r. zainspirowany świetnymi makrofotografiami Marka Wyszomirskiego i wspierany jego radami. Szybko odkryłem strony internetowe fotografii przyrodniczej oraz częściej zacząłem oglądać wystawy i albumy. Dobre zdjęcia należy oglądać jak najczęściej. To bardzo ważne, pomaga bowiem w kształtowaniu estetyki fotograficznej. Po okresie fascynacji samymi tematami zdjęć, zacząłem zwracać uwagę na plastykę obrazu, jaką tworzą światło i cień. Tutaj bardzo pomocne jest poznanie malarstwa. Wiele wybitnych dzieł malarskich zawiera grę świateł i cieni.
Podczas fotografowania małych obiektów przyrodniczych, podobnie jak przy portretowaniu, ważny jest drugi plan - jego kompozycja, koloryt, sposób w jaki jest oświetlony oraz przede wszystkim jego ładne rozmycie (bokeh). Staram się, ale czy zawsze wszystko musi się udać?
FOTOGRAFIA JEST REJESTRACJĄ RZECZYWISTOŚCI
... ale rzeczywistość wcale nie jest jednoznaczna. Patrząc odbieramy wprawdzie obraz wszystkiego, co jest w zasięgu wzroku, ale obraz ten w oczach każdego patrzącego jest trochę inny. Różnimy się między sobą nie tylko jakością widzenia, ale również umiejętnością wypatrzenia tematu, wyborem perspektywy i różnym stopniem koncentracji na temacie. Każdy z nas ma zatem nieco inny ogląd rzeczywistości i utrwala w pamięci nieco inny jej obraz. Wzmocnienie widzenia następuje przede wszystkim przez koncentrację naszej uwagi na wybranym obiekcie. Jest to punktem wyjścia do fotografii w ogóle, i do kreowania zbliżenia fotograficznego w szczególności. Tutaj bardzo ważne jest użycie odpowiedniej optyki aparatu fotograficznego.
Fotografia umożliwia znacznie lepszą koncentrację na temacie niż oglądanie „na żywo”, gdyż – podobnie jak film, operuje kadrem. Robi to jednak inaczej niż film, ponieważ zatrzymuje obraz (zatrzymuje czas) i pozwalana na jego degustowanie, podczas gdy w filmie, podobnie jak w życiu, jest przemijanie. Co jest lepsze? I jedno i drugie.
Koncentrowanie uwagi na temacie/obiekcie można bardzo wzmocnić nie tylko przez wybór kadru, ale także przez wybór perspektywy, skali odwzorowania, ogniskowej i przysłony obiektywu i korekcję ekspozycji. Ważne jest określenie przesłania robionej fotografii: czy ma to być dokument czy kreowany obraz? Dokument powinien rzetelnie obrazować wygląd, budowę, funkcję, często również środowisko, w którym znajduje się fotografowany obiekt. Kreując obraz fotograficzny zastanawiam się bardziej nad kompozycją, perspektywą, odpowiednim wykorzystaniem światła oraz doborem ekspozycji w celu uzyskania pożądanego efektu estetycznego. Robiąc dokument (np. rodzinny) tak bardzo tego nie przestrzegam (fotopuryści, rozgrzeszcie mnie).
ZA MAŁO ŚWIATŁA
Fotografując „po rosie” czy o zmierzchu, często mam za mało światła. Ponieważ korzystam wyłącznie z naturalnego światła zastanego w terenie, zdjęcia są zazwyczaj niedoświetlane. Odpowiednio skorygowana ekspozycja pozwala, w tych warunkach, na „gubienie" tła i tworzenie obrazów fotograficznych, w których obiekt wyłania się z głębokiego cienia, dzięki czemu wzrok koncentruje się na szczegółach w jasnych partiach obrazu. Z pamięci przywoływane jest malarstwo mistrzów światła i cienia, jakże inspirujące w fotografii. Nie musi to być jednak nadrzędną zasadą. Czasem (zwłaszcza przy zbyt silnym świetle słonecznym albo na tle nieba) postępuję odwrotnie – koryguję ekspozycję dodatnio. Fotografując owady na łące w pełnym słońcu (nie lubię tego) pierwszy plan osłaniam przed słońcem (np. sobą), pozostawiając czasem mocniej oświetlone tło. Tło staje się jaśniejsze od tematu zdjęcia, i tylko trzeba wówczas koniecznie zadbać o ładny bokeh.
EFEKTY
Fotografuję dużo, w porównaniu z okresem fotografii analogowej - bardzo dużo (żona mówi, że jestem uzależniony). Wiele przyczyn sprawiło, że koncepcja fotografowania mało, ale dobrze - najlepiej jak mogę, stała się dla mnie nie do przyjęcia. Po pierwsze, technika fotografii cyfrowej wręcz zachęca do robienia jak największej liczby ujęć. Dziesięć, dwadzieścia zdjęć kosztuje praktycznie tyle samo co jedno. Niedobrze, jeżeli tej presji "taniości" fotografii cyfrowej poddamy się bez umiaru. Nasze zaangażowanie w kreowanie jakości zdjęć może na tym dużo stracić. Ale korzystając z umiarem możemy odnieść korzyści. Jeżeli tylko jest to możliwe zróbmy natychmiastową kontrolę wyniku, zróbmy powtórzenie, najlepiej kilka powtórzeń ze zmianą określonych parametrów, a następnie (w domu) dokonajmy wyboru najlepszego ujęcia. Warto jest ten sam obiekt sfotografować z różnej perspektywy uwzględniając tło i warunki oświetlenia. Ten sam gatunek owada czy pająka może być fotografowany w czasie spoczynku, polowania na ofiary, posilania się, życia rodzinnego, itd. W takim przypadku ilość ma szansę przejść w jakość; możemy tworzyć interesujące zestawy zdjęć. Fotografując o świcie - w czasie odrętwienia czy uśpienia moich modeli, mogę sobie pozwolić na ten komfort . Przyczyną robienia dużej ilości zdjęć w przyrodniczej fotografii zbliżeniowej jest jednak często zupełnie co innego - ruch. Najgorszy jest ruch powodowany podmuchami wiatru, nawet bardzo małymi. A dodajmy do tego jeszcze ruch własny owada. Właściwe ustawienie ostrości może być wówczas wielkim problemem.
Tak więc fotografuję dużo, bardzo dużo. 10% ujęć odrzucam od razu przeglądając na wyświetlaczu aparatu; 50% odrzucam na monitorze komputera; 20% opracowuję i oceniam; kilka procent pokazuję. Te procenty to tak z grubsza. Bywa, że wracam do zdjęcia wcześniej nie akceptowanego; coś mnie do tego podświadomie zmusza. Czasami je zachowuję, czasami odrzucam ponownie - teraz już ostatecznie. Co z tego dzisiaj (styczeń 2009) zostało? Kilka tysięcy zdjęć, wśród których kilkadziesiąt uważam za udane, w których dzisiaj nic bym nie zmienił, ale jutro? Nie marzę - jak się czasami słyszy, o zrobieniu "fotografii życia". Co bym robił później? Myślę natomiast o robieniu zdjęć znajdujących uznanie oglądających. Mnie cieszy bardziej sam akt robienia zdjęcia w środowisku przyrodniczym. Ich pokazanie wymaga często dodatkowej ingerencji w obraz zapisany na światłoczułej matrycy aparatu. Dotyczy to głównie kadrowania, poprawienia tonalności całego zdjęcia, nasycenia barw, kontrastu oraz usunięcia nadmiernych szumów i innych artefaktów. Zwykle jest to zatem obraz w jakimś stopniu przetworzony dla poprawienia estetyki z zachowaniem jednak jego prawdziwości w stopniu możliwie największym. Jest to wiec rzeczywistość widziana subiektywnie moimi oczami. Przygotowanie zdjęć do oglądania na stronie internetowej rządzi się swoimi prawami. W efekcie obraz jest znacznie zubożony, a oglądany efekt bardzo zależy od jakości i kalibracji użytego monitora.
Najlepszy odbiór wizualny zdjęcia możliwy jest tylko na dużej odbitce na papierze fotograficznym, wykonanej w dobrym fotolabie pod warunkiem zgodności kalibracji kolorów i dynamiki monitora użytego do edycji zdjęcia z urządzeniem użytym do wykonania odbitki. Dopiero wtedy można w pełni ocenić końcowy efekt. Dlatego drugim wydarzeniem w moim fotografowaniu, które mnie najbardziej cieszy, jest możliwość pokazywania zdjęć na wystawach.
Oczywiście, jak każdy fotografujący - mam swoje ulubione; nie zawsze są to te najlepsze, nie koniecznie muszą zdobyć uznanie innych. Jest to jedną z przyczyn, dla których nie wysyłam swoich zdjęć na konkursy. Oglądam wyniki wielu konkursów i stwierdzam, że mój subiektywny osąd zdjęć nagrodzonych i nie nagrodzonych bardzo często wyraźnie różni się od wyboru jurorów.
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009
PRZYRODNICZA FORTOGRAFIA ZBLIŻENIOWA (tekst zastrzeżony tylko dla początkujących)
| show fullshow summaryCz. 1. Macro vs. Close-up
Cz. 2. Kompakt czy lustrzanka
Cz. 3. Na początek kompakt
Cz. 4. Praktycznie rady dla początkujących makrowiczów
Cz. 5. Lumix G1 - kompakt z lustrzanki
Tekst zacząłem...
Cz. 1. Macro vs. Close-up
Cz. 2. Kompakt czy lustrzanka
Cz. 3. Na początek kompakt
Cz. 4. Praktycznie rady dla początkujących makrowiczów
Cz. 5. Lumix G1 - kompakt z lustrzanki
Tekst zacząłem pisać na początku 2008 roku; jest ciągle modyfikowany i uzupełniany.
Cz. 1. MACRO vs. CLOSE-UP
Formalnie moje fotografowanie nie mieści się w ramach makrofotografii. Fotografuję zbliżenia w skali odwzorowania obiektu na matrycy aparatu najczęściej mniejszej niż 1:1, zwykle 1:2 do 1:10. Oznacza to, że rejestrowany obraz jest 2-10x mniejszy od rzeczywistych wymiarów fotografowanego obiektu. Zgodnie z przyjętymi ścisłymi kryteriami w makrofotografii skala odwzorowania zaczyna się od 1:1 w górę, gdzieś do 10:1 a nawet 20:1 (dalej jest już mikrofotografia). Oznacza to, że rejestrowany obraz ma co najmniej takie same wymiary jak obiekt w rzeczywistości lub jest do 20x większy. Niektórzy autorzy opracowań o makrofotografii przesuwają jej granicę w dół - do skali odwzorowania 1:2. <http://lowendmac.com/digigraphics/35mm/lenses/macro.shtml>. Odpowiada to wielu istniejącym konstrukcjom obiektywów macro zapewniających maksymalnie tę właśnie skalę odwzorowania. Maksymalny możliwy do uzyskania obraz jest wówczas 2x mniejszy od obiektu.
W praktyce amatorskiej fotografowanie w całym zakresie omawianej skali odwzorowania (od 1:10 do 20:1) zalicza się jednak powszechnie do makrofotografii. Bardziej właściwe niż "makrofotografia" jest określenie "fotomakrografia", czyli fotografia z powiększeniem skali odwzorowania (na filmie lub matrycy). Nie wszystko co logiczne zdobywa sobie prawo obywatelstwa, również wśród fotografujących.
Do tej nieścisłości dołożę moją własną - tak półżartem. Dla mnie, prywatnie, fotomakrografia oznacza, że fotografia oglądana - obojętnie jak: na monitorze, odbitce z fotolabu, czasopiśmie czy książce przedstawia powiększony obraz obiektu. Kto tak naprawdę wie, poza fotografem, jakie było odwzorowanie na filmie/matrycy? Na większości powszechnie oglądanych fotografii (weźmy na przykład krajobraz, architekturę czy choćby portret) obraz jest znacznie mniejszy od fotografowanego obiektu. No to dlaczego nie przyjąć, że kiedy jest odwrotnie, mamy do czynienia z (foto)makrografią. Opis dotyczyłby w tym przypadku obrazu oglądanego, a nie zarejestrowanego. Nie prościej i bardziej praktycznie? No, ale dosyć tych "herezji".
Prawdziwą fotomakrografię (tę w wąskim, formalnym ujęciu) najlepiej jest oczywiście uprawiać lustrzanką z wykorzystaniem stałoogniskowych obiektywów skonstruowanych (odpowiednie rozmieszczenie układów soczewek) specjalnie do makrofotografii. Są to jedne z najlepszych obiektywów w ogóle, świetne również do fotografii portretowej. Mają one jednak zasadniczą wadę (dla większości fotoamatorów) - jest nią wysoka cena. W ofercie wielu firm są również tak lubiane uniwersalne obiektywy zmiennoogniskowe (zoomy) z oznaczeniem macro. Chociaż nie mają one konstrukcji swoistej dla typowych obiektywów macro, pozwalają na fotografowanie w dużym zbliżeniu, zwykle w skali odwzorowania do 1:2. Posiadacze lustrzanek mają jeszcze do dyspozycji cały szereg innych rozwiązań: pierścienie pośrednie, mieszki lub telekonwertery montowane między aparatem a obiektywem. Ponadto duże powiększenia dobrej jakości uzyskuje się montując w aparacie normalny obiektyw przy użyciu pierścieni odwrotnego mocowania.
Fotoamatorom chcącym zapoznać się szczegółowo z teorią i praktycznymi rozwiązaniami w zakresie makrofotografii (= fotomakrografii) polecam opracowanie Marka Wyszomirskiego <http://www.fotografia-rzyrodnicza.art.pl/porady.php?p=1>.
Cz. 2. KOMPAKT CZY LUSTRZANKA
Najważniejszą zaletą lustrzanek jest bardzo dobra jakość obrazu dla dużego zakresu czułości ISO (niezwykle ważne w warunkach słabego oświetlenia), a poza tym szybkość autofokusa i możliwość doboru odpowiedniego obiektywu. Jednakże nawet tanie amatorskie lustrzanki, jeżeli są wyposażone w dobre obiektywy macro, są dużo droższe od najdroższych kompaktów. A przecież na jednym obiektywie do lustrzanki zakupy „szkieł” nie kończą się. Dla części fotoamatorów zestawy lustrzankowe są zbyt ciężkie i niewygodne do makrofotografii przyrodniczej. Aspekt wygody jest dla mnie nie do przecenienia. Jakże kłopotliwe jest komponowanie obrazu rosiczki w bagnistym terenie posługując się wizjerem. Na szczęście producenci lustrzanek, w ślad za pionierską konstrukcją E 330 Olympusa, poważnie podeszli do problemu komponowania na wyświetlaczu w układzie live view. Możliwe jest nawet automatycznie ustawianie ostrości w tym układzie. Na początku 2008 r. korpusy E3 Olympusa, Lumix L10 Panasonika oraz alfa 300 i 350 Sony wyróżniały się bardzo korzystnie zastosowaniem w nich ruchomych wyświetlaczy. W ten sposób lustrzanki, czerpiąc z rozwiązań stosowanych od dawna w kompaktach, ułatwiają amatorską fotografię zbliżeniową. W podsumowaniu (moim, bardzo amatorskim): w lustrzance cyfrowej już nie tak długo zbędne będzie właśnie lustro!? Tylko..., że elektroniczne wizjery i wyświetlacze oraz szybkość strzelania w trybie live view "będą musiały stanąć na wysokości zadania". Ale czas pracuje na korzyść elektroniki.
Zaletą kompaktów, tych mających ruchomy wyświetlacz, jest przede wszystkim wygoda fotografowania. Aparaty kompaktowe z najwyższej półki mają ponadto bardzo dobre obiektywy. Nie bez znaczenia są znacznie niższe koszty sprzętowe (jeden aparat – jeden obiektyw). Ale kompakty mają poważne wady. Największą wadą kompaktów są ich malutkie matryce, w których producenci pakują coraz większą liczbę pikseli. Efektem są mikropiksele o wymiarze 2-3 μm, podczas gdy w lustrzankach mają one co najmniej 4-10 μm. Wynikają z tego same problemy: przede wszystkim mała dynamika i rozpiętość tonalna; małe piksele nie rejestrują wystarczająco różnic w ilości przyjmowanych fotonów. Dalej - duże szumy (błędne sygnały nawet przy niskich wartościach ISO), oraz przekłamane kolory. Należy unikać fotografowania w bezpośrednim silnym świetle słonecznym oraz zrezygnować z ustawień automatycznych, natomiast umiejętnie posługiwać się ustawieniami ręcznymi, zwłaszcza przesłony i kompensacji ekspozycji. Bardzo często zdjęcie bezpośrednio z aparatu nie nadaje się do wykonania dużej odbitki. Aby poradzić sobie z tymi problemami, należy nauczyć się odszumiania i dalszej globalnej obróbki (naprawiania) zapisanego obrazu w odpowiednim programie komputerowym. Ale uwaga dla początkujących – posługując się niesprawnie fotoedytorem można bardzo łatwo zdjęcie zepsuć.
Aparaty kompaktowe mają jeszcze jedną wadę podczas korzystania z wyświetlacza do komponowania zdjęcia: w silnym świetle obraz staje się niemal niewidoczny. Można temu częściowo przeciwdziałać regulując ustawienie ruchomego wyświetlacza.
Tryb macro - co to takiego?
Należy jednoznacznie stwierdzić, że tzw. tryb macro, proponowany w aparatach kompaktowych (czasami również w amatorskich lustrzankach) z obiektywami o zmiennej ogniskowej jest jednym wielkim oszustwem ze strony producentów. Poza małą skalą odwzorowania (mniejszą nawet niż 1:10), wadą towarzyszącą tego trybu jest zbyt duża głębia ostrości, nie pozwalająca na wystarczająco różnicujące wydobycie obiektu z otoczenia. Jak zatem zbliżyć się do fotomakrografii dysponując kompaktem? Okazuje się, że można. Wielu fotografów to robi lub robiło w przeszłości, zanim przesiedli się na lustrzanki. Do wyników prawdziwych lustrzankowych obiektywów macro można zbliżyć się nieco wykorzystując wysokiej jakości przystawki afokalne (makrokonwertery). Dokładniej temat ten rozwinę dalej. Z trybu "fałszywe macro" korzystam czasami - tylko kiedy potrzebny jest mi zakres skali odwzorowania, którą ten tryb zapewnia.
MÓJ IDEAŁ
Mój ideał aparatu do fotografii zbliżeniowej (abstrahując od wyboru: kompakt czy lustrzanka), cechuje:
1. Wysoka jakość zdjęć: ostrość, małe szumy, dobra dynamika i odwzorowanie barw, co zależy od dwóch spraw technicznych (p. 2 i 3).
2. Optyka o dobrej rozdzielczości, ogniskowa rzeczywista 50-100 mm; najczęściej fotografuję z użyciem monopodu. Kto używa stabilnego statywu trójnożnego może sobie pozwolić na ogniskową 150 mm i więcej). Nie wyobrażam sobie chodzenia po lesie i torfowiskach z ciężkim statywem, rozstawiania go na bagnie, ani tym bardziej szybkich strzałów do ruchomych miniobiektów, na które poluję z podchodu.
3. Matryca do 10 megapikseli (to wystarczy do kadrowania i nawet wystawowych powiększeń amatorskich), o możliwie dużych fizycznych rozmiarach (najlepiej lustrzankowa).
4. Ruchomy duży wyświetlacz live view do komponowania zdjęcia, dający dobry obraz w każdych warunkach oświetlenia.
5. Stabilizacja drgań (lepsza w obiektywie - ale dla lustrzanki z kilkoma obiektywami stabilizacja w korpusie wychodzi dużo taniej).
6. Wewnętrzne ogniskowanie w obiektywie (obiektyw o stałej długości zapewnia m.in. czystość w jego wnętrzu oraz wygodę podczas fotografowania z małych odległości).
7. Samowyzwalacz 2s oraz zdalne sterowanie migawką (najlepiej bezprzewodowo).
8. Dobra ergonomia (wygoda i jeszcze raz wygoda).
9. Niezbyt duże wymiary i masa całkowita (z obiektywem) poniżej 1 kg (kilka godzin chodzenia i fotografowania w trudnych warunkach terenowych).
10. Solidne metalowe gniazdo statywowe (ciągle manewruję monopodem).
Trudno spełnić wszystkie te wymagania w jednym aparacie. Najczęściej rozwiązanie jest kompromisem. Każdy fotografujący powinien stworzyć swoją hierarchię ważności wymagań stawianych aparatowi. Teoretycznie wygodnym, bliskim ideału do uprawiania fotografii zbliżeniowej może być zapowiadany (sierpień 2008) przez firmy Olympus i Panasonic system mikro cztery trzecie (M4/3): niby lustrzanka, a nie lustrzanka – aparat kompaktowy, ale z wymienną optyką. Mały lekki korpus (oby był solidny i szczelny) z matrycą 4/3 (oby była wysokiej jakości), bez lustra, ale z żywym podglądem w elektronicznym wizjerze (dobrej jakości) i na wyświetlaczu (ruchomym). Wielu autorów(no może nie aż tak wielu) zaczyna pisać o całkowitej zbędności lustra i pryzmatu w nowoczesnych (czytaj przyszłych) aparatach cyfrowych. Jestem zdecydowanie za takim rozwiązaniem. To jest przeżytek z lustrzanek analogowych, który zniknie, jeżeli wizjer (= wyświetlacz)elektroniczny dorówna, a może (?) przewyższy jakością wizjer optyczny. Wiele na to wskazuje; już teraz jego zaletą jest to, że pzwala na oglądanie kadru takim jaki będzie zarejestrowany. To bardzo ważne. Jest jeden poważny problem - duże ograniczenie: system live view narzuca wolniejszy sposób nastawiania ostrości techniką kontrastu. Tutaj zatem autofokus jest, jak na razie, wolniejszy niż klasyczny lustrzankowy. Ale przecież w fotografii zbliżniowej bardzo często korzysta się nie z AF lecz z ręcznego ustawiania ostrości.
A teraz szkła do systemu M4/3. Tu leży dzisiaj zasadniczy problem - nie ma dobrego wyboru bez uzycia pierścienia pośredniego (adaptera). Jeżeli komuś nie wystarczy jakość (wysoka przecież) obiektywów Zuiko, można oczekiwać w przyszłości doskonałych szkieł sygnowanych literką L. Czy już teraz obiektywy Olympusa nie zbliżyły się jakością do leikowskich i zeissowskich? Na różnych forach czytam, że są doskonałe. Dla zwolenników AF pozostaje jeszcze jeden problem - w większości wariantów: stare szkło + nowy korpus nie będzie działał AF, ale przecież w fotografii zbliżeniowej często korzystamy z ostrzenia ręcznego. Na uwagę zasługują mniejsze gabaryty i masa obiektywów w nowym systemie, wynikające z mniejszej odległości między ich tylną soczewką a matrycą (likwidacja komory z lustrem). Brak lustra oznacza m.in. eliminację drgań powodowanych jego „klapaniem”; to bardzo ważne. Mój niepokój budzi jedynie matryca: i nie chodzi tu tylko o bezsensowny z punktu widzenia jakości zdjęć megapikselowy wyścig (10 MP w systemie 4/3 to aż nadto), ale również o nie grzeszące jak dotychczas jakością matryce w systemie 4/3 produkowane przez firmę Panasonic i opracowywane przez, nie najlepsze, algorytmy formatu JPG. Mamy jednak przecież również możliwość zapisu zdjęcia w formacie RAW.
Powyższe pisałem na przełomie sierpnia/września 2008 (ta strona rodziła się długo). W połowie września nastąpiła internetowa prezentacja pierwszego aparatu systemu M4/3: Lumix DMC G1. Panasonic wyprzedził Olympusa!? W prerecenzjach eksperci oceniają produkt z umiarkowanym entuzjazmem, chwaląc koncepcję, ale i wskazując na minusy tego modelu. Na forach internetowych dominuje krytyka, ale są również wypowiedzi zdroworozsądkowe (ukazują się już testy i opinie niezależnych recenzentów). Czasami widać nawet zadowolenie z pojawienia się tego dopiero drugiego (może się mylę - nie wszystko czytam) po Sony R1, prawdziwego rozwiązania hybrydowego (lustrzankowa matryca w korpusie bez lustra). Jest to aparat niszowy, mogący zaspokoić potrzeby nawet wymagających amatorów, wypełniający lukę między zaawansowanym kompaktem (lepsza jakość zdjęć) a lustrzanką (wygodniejszy). Piszę „mogący”, bo o tym zadecyduje ostatecznie jakość zdjęć, i to przy czułości ISO w przedziale 400-800 oraz cena. Świetny R1 nie zdobył rynku. Dla fotografów lustrzankowych G1 może być też niewypałem lub zaledwie poręczniejszym uzupełnieniem do lustrzanek 4/3. Dla mnie - użytkownika FZ50, może to być idealny aparat do uzyskania lepszych wyników w fotografii zbliżeniowej - pod warunkiem użycia odpowiednich szkieł. No właśnie, obiektywy i ceny będą decydowały o sukcesie lub porażce bezlustrowego i bezpryzmatowego systemu M4/3. Osobiście stawiam na takie rozwiązanie. Może niepokoić trochę stała ekspozycja matrycy na światło po włączeniu aparatu, co powoduje jej nagrzewanie się i pogorszenie jakości zdjęcia. Kompakty, nawet te najlepsze, mają tak "od zawsze". Mnie niepokoi bardziej narażenie matrycy na zanieczyszczenia zewnętrzne podczas wymiany szkieł. Czy wystarczą obecne systemy odkurzające? Wcześniej pisałem, że system live view narzuca wolniejszy sposób nastawiania ostrości techniką kontrastu. W ocenach ekspertów i użytkowników szybkość autofokusa w G1 nie ustępuje szybkości pracy lustrzanek amatorskich!!!
Cz. 3. POZOSTAJĄC PRZY KOMPAKTACH
Fotografując zbliżenia kompaktem jedynym rozwiązaniem z wyboru są (przepraszam - były - do ukazania się G1) przystawki afokalne (soczewki powiększające montowane przed obiektywem), ale tutaj należy być bardzo ostrożnym. Używając apochromatycznych, dwu- lub trój-elementowych sklejanych przystawek afokalnych można uzyskać dobrej jakości zdjęcia, dające się powiększyć nawet do formatu 40x60 cm. Producenci aparatów fotograficznych (Canon, Nikon, Olympus, Panasonic, Pentax) wytwarzają dedykowane achromatyczne przystawki afokalne o bardzo dobrej jakości, w cenie kilkuset zł. Z drugiej strony na rynku jest dużo tanich soczewek (w kompletach są zazwyczaj trzy soczewki o różnej mocy), nawet z renomowanych firm optycznych, które należy od razu pominąć. Są to pojedyncze soczewki o dużych aberracjach sferycznych i barwowych. Kupione przeze mnie nowiutkie soczewki uznanej japońskiej firmy w cenie 30-40 zł za sztukę nigdy nie dały zadawalających wyników. Zdjęcia nie nadawały się do oglądania na skutek rozmycia obrazu. Po kilku próbach wybrałem stosunkowo tanie (poniżej 200 zł) konwertery Raynoxa. Ich jakość (rozdzielczość) dorównuje jakości leikowskich obiektywów w Lumixach. W stosunku do trybu „makro” aparatu FZ50 przy wartościach ogniskowej, powyżej 80 mm „moje” konwertery Raynoxa dają powiększenie ponad 4x (DCR-150, odległość między obiektem a przystawką około 18 cm) oraz ponad 6x (DCR-250, odległość około 11 cm). Jest to oczywiście fotografia close-up, a nie macro w ścisłym rozumieniu tego terminu. W połączeniu z kompaktowym superzumem jest ona wystarczająca do ponad 95% fotografowanych przeze mnie obiektów. Raynox oferuje jednak mocniejsze konwertery: MSN-202 (dla FZ50 powiększenie 20x, odległość od obiektu ok. 3 cm) i MSN-505 (powiększenie 27x, odległość od obiektu ok. 1,7 cm) . Zatem skala odwzorowania wynosi około 2:1, a to jest już prawdziwa makrofotografia. Wadą (nie tylko moim zdaniem) makrokonwerterów Raynoxa jest sposób ich mocowania na obiektywie za pomocą sprężynujących zaczepów. Niby to jest wygodne, ale jednocześnie dość trudno jest uzyskać koncentryczne ustawienie po osi obiektywu. Ponadto soczewki mają niewielką średnicę, co przy wielu obiektywach powoduje winietowanie, zwłaszcza w zakresie krótkich ogniskowych. Uważam, że znacznie lepszym rozwiązaniem są makrokonwertery z gwintem na obudowie. Korzystam z jednego z nich częściej niż z Raynoxa. Zalecam makrokonwertery o średnicy większej niż obiektyw. Nie tylko unika się winietowania, ale wykorzystuje się wówczas ich środkową, najlepiej skorygowaną część. Niezgodność gwintów koryguje się łatwo (i tanio) dobierając odpowiednie redukcje pierścieniowe.
Makrofotografia kompaktami z użyciem przystawek afokalnych ma swoje ograniczenia optyczne. Dla poprawnego fotografowania obiektów o różnej wielkości należy mieć zestaw przystawek o różnej mocy. Moc soczewki zmienia właściwości optyczne obiektywu (powiększenie) i sztywno decyduje o odległości aparatu od fotografowanego obiektu (równej lub bliskiej długości ogniskowej użytej soczewki). Zwłaszcza to ostatnie może okazać się bardzo niewygodne. Uzyskiwane powiększenie, natomiast, zależy nie tylko od mocy soczewki, ale również od ogniskowej obiektywu. Bardzo korzystne są tzw. superzoomy, w których zmieniając ogniskową, można wypełnić kadr obiektami o różnej wielkości. Nie wszystkie jednak obiektywy tego typu zapewniają dobrą jakość obrazu.
Na marginesie: po przekroczeniu 10- czy 12-krotności zoomów producenci chyba przesadzili, podobnie jak w przypadku ponad 10- i wiecej megapikselowych matryc w kompaktach. W obydwu przypadkach ten wyścig daje w efekcie wyraźne pogorszenie jakości zdjęć.
MÓJ WYBÓR APARATU KOMPAKTOWEGO
Zaczynałem od Lumixa FZ20 (kupionego do fotografii rodzinnej i ogólno-przyrodniczej), ale bardzo szybko okazało się, że podczas fotografowania przyziemnego (na poziomie 0-10 cm) nie do wykorzystania jest ani wizjer, ani nieruchomy wyświetlacz. Przesiadłem się na FZ50 – właściwie tylko dla odchylanego i obracanego wyświetlacza (co za wygoda), zdając sobie sprawę, że rezygnuję z jednego z najlepszych w kompaktach obiektywów (stałe światło F/2,8 dla całego zakresu 12x zoomu) otrzymując obiektyw wprawdzie zapewniający wyższą rozdzielczość, ale ze spadkiem maksymalnego otwarcia przesłony z F/2,0 do F/3,7 przy najdłuższej ogniskowej. To dla mnie bardzo duża strata światła, gdyż często mam go za mało. Walorem obiektywów w obu aparatach jest to, że są dobrze skorygowane dla zakresu tele. A matryca? No cóż, matryca (również oprogramowanie konwertujące do JPG ) w Lumiksach nie dorównuje optyce; podobnie jak w większości kompaktów, jest piętą achillesową aparatu. Wyjątkiem jest hybrydowy Sony R1 – ma dobrej jakości matrycę lustrzankową, i równocześnie doskonały obiektyw Zeissa. Próby użycia tego aparatu do mojego fotografowania na dały jednak dobrych wyników. Ten „najlepszy” z kompaktów był dla mnie mało wygodny do fotografii zbliżeniowej w terenie, a poza tym ma nieodpowiedni (znowu dla mnie) zakres ogniskowej w stosunku do wielkości matrycy. Inne kompakty, które brałem pod uwagę, to: stary ale wysoko ceniony Olympus C8080 oraz Canon S3, G6 i A610, Fujifilm S9600 i Sony H5.
Pozostałem przy Lumixach serii FZ. Dlaczego? Dla wygody: mam aparat o doskonałej ergonomii, wysokiej jakości obiektyw o wewnętrznym ogniskowaniu. Stała długość obiektywu jest ważna przy stosowaniu nasadek, a ponadto kurz prawie nie ma dostępu do wnętrza obiektywu, gdyż obiektyw jest zamknięty, nic się nie wysuwa. Pierścienie ręcznego ustawiania ogniskowej i ostrości działają bez zarzutu. No i ten ruchomy wyświetlacz: fotografując np. rosiczkę wolę kucnąć nad aparatem (zwykle siadam na malutkim stołeczku wędkarskim), niż leżeć na mokrym torfowisku i kadrować w wizjerze. Nie rozumiem fotografów wychwalających babranie się w błocie, jeżeli można tego uniknąć. Zamiast trójnożnego statywu używam monopodu lub kieszonkowego ale mocnego ministatywu oraz małej poduszki wypchanej gryczanymi plewami (nie znalazłem lepszego sypkiego materiału do tego celu; tak wychwalany groch przegrywa już na samym starcie; dlaczego? - sprawdźcie sami).
Czy Lumix FZ50 jest/był rzeczywiście najlepszym aparatem kompaktowym? Dla wielu amatorów raczej nie. Szumy oczywiście są zbyt widoczne (chociaż niekiedy ładne); może to wada osobnicza, gdyż w niektórych opiniach FZ50 chwalony jest za niskie szumy nawet dla czułości do ISO 400. U mnie szumy są już przy ISO 100, i niestety narastają przy ujemnej korekcji ekspozycji. Zdjęcia, wymagają totalnej korekty w programie graficznym, zwłaszcza jeżeli chce się robić duże powiększenia. Przed zrobieniem zdjęcia należy dobrze przemyśleć ręczne ustawienia, a po wczytaniu do komputera trzeba jeszcze sporo poprawić. Dla mnie jednak FZ50 w roku 2007 był jedynym kompaktem z wyboru.
Złota myśl 1. - nie moja
Czas na złotą myśl, która pochodzi z doskonałego felietonu Wojtka Tkaczyńskiego opublikowanego 11 marca 2007 r. na łamach Fotopolis, http://www.fotopolis.pl/index.php?n=5623: „… pamiętajcie, że nie ma aparatu najlepszego dla wszystkich. Najważniejszym kryterium oceny sprzętu jest jego przydatność do realizacji Waszych zamierzeń.” W tym sformułowaniu jest zawarta cała prawda, i tylko prawda. Doskonale wiedzą o tym profesjonaliści, podczas gdy amatorzy toczą zażarte, często jałowe dyskusje i prezentują skrajnie rozbieżne poglądy na temat sprzętu do fotografowania (bywa, że nie mieli go nawet w ręku), zamiast robić coraz lepsze zdjęcia tym sprzętem który mają.
4. PRAKTYCZNE RADY DLA KOMPAKTOWYCH MAKROWICZÓW
Trzy parametry optyki
Pomińmy oczywistą zależność jakości zdjęcia od jakości obiektywu i matrycy, a zajmijmy się zupełnie inną sprawą – praktyczną współzależnością trzech parametrów: średnicy przystawki afokalnej, średnicy obiektywu i długości jego ogniskowej. Te trzy parametry analizowane łącznie są istotne z wielu powodów. Średnica nasadki powiększającej powinna być dobrana do średnicy obiektywu; najlepiej kiedy jest większa. Zbyt mała średnica soczewki powoduje winietowanie. Ponadto, znacznie lepszą jakość obrazu uzyskuje się korzystając tylko ze środkowej części soczewki. A zatem celowe jest montowanie na obiektywie możliwie dużych soczewek stosując odpowiednie pierścienie przejściowe. Używane przeze mnie konwertery Raynoxa mają niestety średnicę zaledwie 43 mm. Pracując Lumixem serii FZ nie można z tego powodu stosować zbyt krótkiej ogniskowej. Z zastosowania dłuższej ogniskowej obiektywu wynikają jednak korzyści: im dłuższa jest ogniskowa tym większe jest powiększenie i mniejsza głębia ostrości, ale tym precyzyjniej można nastawić ostrość. Generalnie, rzeczywista ogniskowa na końcu tele w większości kompaktów jest znacznie krótsza, aniżeli możliwa do uzyskania w lustrzankowych obiektywach do makrofotografii. Przy małej matrycy, wydawać by się mogło zatem, że głębia ostrości w kompaktach nie powinna być za mała, a nawet może być zbyt duża. Czy jednak zawsze w makrofotografii mała głębia ostrości jest korzystna? Bywa tak, że ostrząc obraz na wyświetlaczu kompaktu na oko owada uzyskuję nieostry jego „nos” czy inny bliski detal, który chcę również wyraźnie eksponować. Jakże wówczas przydałaby się większa głębia ostrości. W ograniczonym stopniu można ją zwiększyć przez odpowiedni dobór przysłony. Dochodzimy tu znowu do ważności wyborów ustawień w aparacie.
ISO i ekspozycja
Fotografuję w naturalnych warunkach z światłem zastanym. Nie używam flesza (nie lubię tego oświetlenia, bo gubi plastykę obrazu), a blendę używam rzadko, bo zazwyczaj nie ma na to czasu. Czasami, przy mocnym słońcu nieco zacieniam obiekt sobą lub tym co mam pod ręką, ale w zasadzie unikam fotografowania w takich warunkach. Za fleszowstręt płacę ograniczeniami i problemami dotyczącymi ekspozycji. To bardzo wysoka cena, ale taki jest mój wybór. Kiedy oglądam zdjęcia makro robione z fleszem, brakuje im plastyki obrazu. Niektórzy fotografują z fleszem stawiając wręcz tezę, że inaczej przecież nie można. Można, oczywiście że można. Fotografując kompaktem staram się nie używać czułości większej niż ISO 100, najwyżej 200. Czasami wstępnie wybieram (np. w trybie bracketing) i ustawiam najlepszą (subiektywnie) kompensację ekspozycji. Zwykle stosuję kompensację -1/3 EV, ale jeżeli trzeba (obiekt w słońcu, bez zacienienia) to nawet do -2EV. To dobrze pasuje do uprzednio wybranej niskiej czułości, szczególnie przy skąpym świetle o świcie i zmierzchu. Fotografując jednak np. pająki na tle jasnego nieba kompensuję ekspozycję mocno w kierunku przeciwnym. Moja rada: należy próbować i poprawiać, aż uzyskamy zadawalający wynik.
Przysłona i czas ekspozycji
Obiektyw w FZ20/FZ50) jest najlepiej skorygowany dla otworu F 2,8-F5,2. Należy to wykorzystać. Wyższe wartości przysłony (mniejsza dziura) ustawiam tylko wówczas, gdy chcę zwiększyć głębię ostrości. Od priorytetu wyboru przysłony odchodzę, jedynie jeżeli obiekt jest zbyt ruchliwy i potrzebny jest krótki czas migawki. Wówczas priorytet ma czas.
Ustawianie ostrości
Ustawianie ostrości przy zastosowaniu przystawek afokalnych jest sprawą szczególną. Przystawka sprawia, że o ostrości decyduje przede wszystkim odległość ogniskowania zmienionego układu optycznego, a zatem odległość aparatu od obiektu. Dla wygody podaję odległości od przedniej soczewki aparatu (prawidłowo powinno być - od płaszczyzny matrycy albo od optycznego środka obiektywu, ale kto wie gdzie jest ten środek? A zatem od przedniej soczewki. W przypadku konwerterów Raynoxa jest to około 11 cm dla DCR-250 (moc ok. 6,5 dioptrii) i około 18 cm dla DCR-150 (moc 9 dioptrii). Dla soczewek o mniejszej mocy odległości są znacznie większe, np: ok. 25 cm dla 4 dioptrii, ok. 50 cm dla 2 dioptrii, ok. 100 cm dla 1 dioptrii. Około, a nie dokładnie tyle, ponieważ nie jest to wartość stała - ma tu nieco do powiedzenia również wybrana przez nas ogniskowa obiektywu. Ale różnice w odległości wynikające z zastosowanej ogniskowej nie są zbyt duże. Po zgrubnym „złapaniu” odległości należy obraz dokładnie wyostrzyć w trybie manualnym lub automatycznym. Uprawiając fotografię „małej przyrody” z zasady rezygnuję z komponowania i ustawiania ostrości w wizjerze. Dobry ruchomy wyświetlacz jest do takiego fotografowana niezastąpiony, pozwala nie tylko na komfortową pracę w trudnych warunkach, ale także na obserwowanie otoczenia. W FZ 20 ostrzenie manualne nie należy do łatwych i przyjemnych, ale za to AF ostrzy szybko i bezbłędnie. W FZ 50 manualne ustawianie ostrości (ze względu na jakość wyświetlacza), podobnie jak wybór ogniskowej, są komfortowe. Przy małych wartościach ogniskowej najczęściej korzystam z ostrzenia ręcznego, przy końcu tele – raczej z autofokusa. Czy tak, czy tak - o złapaniu ostrości lub jej utracie decydują minimalne ruchy aparatu w kierunku do obiektu. Można nawet przyjąć ten ruch jako ostatecznie decydujący w procesie ostrzenia.
W fotografii zbliżeniowej pierwszoplanową rolę odgrywa głębia ostrości (GO), która jest bardzo mała – milimetrowa, a czasami wręcz „papierowa”. To dobrze i źle zarazem. Mała GO pozwala, z jednej strony, na jednoczesne wyeksponowanie obiektu i neutralizację lub eliminację niechcianego tła, ale może jej brakować, kiedy chcemy żeby ostre były i czułki, i oko, i chociaż jedna noga motyla. W fotografii zbliżeniowej, bardziej niż w „normalnej” GO zależy od skali odwzorowania: im odwzorowanie większe, tym GO mniejsza. Oczywiście pośrednio zależy od użytej ogniskowej obiektywu, odległości i wielkości matrycy, ale właśnie pośrednio - przez skalę odwzorowania. Pomijam ważne zagadnienie wielkości prążka rozproszenia, która także ma wpływ na GO, ale dla określonej wielkości matrycy ma wartość stałą. Należy to uwzględnić, kiedy porównuje się fotografowanie aparatami różniącymi się znacznie wielkością matrycy. Zwiększenie rozmiarów matrycy zwiększa krążek rozproszenia i zmniejsza GO. Dla nas (fotografujemy jednym aparatem) drugim parametrem, obok skali odwzorowania, którym możemy zmieniać GO jest przysłona: zwiększeniu GO sprzyja zmniejszenie otworu w obiektywie. Ale tutaj ostrożnie – w aparatach kompaktowych po przekroczeniu F/5 – F/8 spada jakość obrazu na skutek zjawiska dyfrakcji. A wracając do naszego motyla – niewiele można poradzić w zakresie zwiększenia GO: może niech lepiej motyl ustawi się inaczej, może niech fotograf zmieni kierunek fotografowania, a może przeciwnie – przez małą GO uzyska się interesujący efekt estetyczny i wzmocnienie wizualnego odbioru obrazu. Starajmy się odwracać niekorzystne parametry fotografowania na korzyść końcowego obrazu.
Złota myśl 2. - teraz już moja
Uczmy się od najlepszych, oglądajmy ich prace jednak krytycznie; ale najbardziej krytycznie oglądajmy przede wszystkim swoje zdjęcia. Róbmy je jednak po swojemu - starajmy się być rozpoznawalni (oj, to chyba już jednak nie jest moje).
Cz. 5. Lumix G1 - KOMPAKT Z LUSTRZANKI
Pisane 3 lutego 2009:
W ubiegłym tygodniu miałem G1 w ręku, zrobiłem zdjęcia testowe - czułość ISO 400: szumy? Drobniutkie jednorodne szare ziarenka, nie ma kolorowych artefaktów. Chciałbym mieć takie szumy przy ISO 100 z matrycy w FZ50. Zapadła decyzja - wczoraj złożyłem zamówienie w e-cyfrowe. Aparat ma przyjść jutro. Teraz dopiero zaczną się schody: jaki do tego obiektyw macro?
Pisane 8 lutego 2009:
Mam go od czterech dni - zaczynam poznawać i uczyć się. Pierwsze ważenie po wzięciu do ręki jest, niestety, negatywne: korpus jest za mały - dla mnie, bo wielu autorów pisze, że jest za duży, ale przecież to nie jest aparat do kieszeni, ani nawet do damskiej torebki. Wydaje mi się natomiast, że G1 będzie doskonale pasował do damskiej ręki. Ergonomia gorsza niż w FZ50: źle się go trzyma, rozkład przycisków za ciasny (można przypadkowo nacisnąć "coś"), pierścień ręcznego ostrzenia jest trochę za wąski, kręcenie nim nie jest zbyt wygodne - chyba za blisko pierścienia zoomu. Jeszcze raz podkreślam, że te negatywne uwagi dotyczą dużych męskich rąk z długimi i grubymi palcami. Palce, niestety, mam długie, ale przestaje to być ważne, gdyż do moich zdjęć zbliżeniowych i tak będę musiał użyć innych obiektywów, np.: Zuiko, Tamron, Sigma czy starych, doskonałych i tanich obiektywów M42 (od Praktiki czy Zenita), odsunąć je od korpusu adapterem, ewentualnie dodać jeszcze pierścienie pośrednie lub pierścień odwrotnego mocowania. Obiektywy M42 to propozycja mojego guru, Marka Wyszomirskiego. Ostrzenie w każdym przypadku będzie oczywiście ręczne, ale to na wyświetlaczu G1 robi się komfortowo dzięki powiększaniu się obrazu, chociaż czasami będzie za mało czasu.
Co dobrego w pierwszym wrażeniu? Na pochwałę zasługuje duży wyświetlacz, jego mocowanie, jakość obrazu na nim, komfort komponowania w pozycji pionowej z żabiej perspektywy (prawie niemożliwe w FZ50). Szybkość ostrzenia AF w trybie live view jest rewelacyjna; żadna sprawdzana przeze mnie lustrzanka w trybie live view nie dorównuje G1. Ale żeby nie było tak słodko - zapis nawet w formacie JPG jest powolny - wyświetlacz zamiera, a przypadku RAW+JPG zamiera na baaardzo długo. Wracam do pozytywów: aparat zapewnia mnóstwo ustawień manualnych, co czyni go dobrym sprzętem do fotografowania w rękach nawet bardzo wymagającego fotoamatora. Dojście do niektórych funkcji i nastaw jest mało intuicyjne. Żeby te możliwości wykorzystać i zacząć świadomie fotografować należy bezwzględnie przekopać całą instrukcję.
TESTY LUMIXA G1
Pisane 7 marca 2009 - w miejsce tekstu z 22 lutego.
Ostatecznie przetestowałem trzy egzemplarze G1 - są różnice w jakości zdjęć (charakter szumu, oddanie szczegółów). Trzeci aparat (korpus) zadawala mnie całkowicie. Testy wstępne z użyciem makrokonwertera Raynox DCR 250 (około 8 dioptrii)i Olumpus MCON-40 (2,5 dioptrii, ogniskowa 400 mm)wykonane na "domowych" modelach. Raynox daje niezłe zwiększenie skali, ale winietowanie występuje przy wszystkich długościach ogniskowej. Należy fotografować w zakresie f= 30-45 mm, a następnie kardować. Zdjęcia ilustrujące wyniki testu zamieszczone są w galerii obok. Konwewrter Olympusa o dużej średnicy nie winietuje w całym zakresie zoomu, ale pozwala zwiększyć skalę odwzorowania tylko o 30%.
Pozostając przy obiektywie kitowym 14-45 mm i konwerterach, należy używać tych o większej średnicy, dobranej do gwintu filtrowego i możliwie dużej mocy skupiania, np. 4-10 dioptrii. To zmusza do fotografowania z małej odległości, odpowiadającej ich ogniskowej (od 200 do 100 mm).
Po testach wstępnych wybrałem się na wystawę storczyków w łódzkim Ogrodzie Botanicznym. Oświetlenie sztuczne mieszane (świetlówki+reflektorki halogenowe). Ustawiłem automatyczny balans bieli (nie mam zastrzeżeń do wyników), czułość 400ISO (wg pomiarów dxomark jest jednak wyższa, bo 540, zakres dynamiki około 8,9EV) - jakość całkowicie do zakceptowania bez usuwania szumów (moim zdaniem). Fotografowałem z wykorzystaniem makrokonwertera Olympus MCON-40. To wystarcza przy fotografowaniu kwiatostanów. Można również poprzestać na "gołym" obiektywie. Czasy długie, zatem wszystko ze statywu. Przetestowałem szeroki zakres ustawień ujemnej kompensacji ekspozycji, ponieważ taką korekcję stosuję zazwyczaj fotografując w terenie. Zapis w formacie JPG. W PhotoShopie usunięcie "pustego" w poziomach. Zdjęcia zostały maksymalnie przycięte (dla usunięcia niepożądanych elementów), zmniejszone do prezentacji w internecie i minimalnie wyostrzone. Na RAW przyjdzie czas, albo i nie przyjdzie, bo w JPGu nie jest źle.
Jedno zdjęcie jest powtórzone w czułości 1600 ISO (wg dxomark około 2080 ISO, dynamika około około 6,8EV; wynik nie do zaakceptowania). Granica akceptacji leży gdzieś około 800 ISO (wg dxomark jest to ponad 1100 ISO, dynamika 8,15EV).
Pisane 24 marca 2009
Nareszcie był ładny, wiosenny dzień i testy w terenie. W silnym słońcu, kiedy FZ50 zawodzi, G1 spisał się dobrze.
Obok próbki z natury. Szkło, jak na kitowe, nie jest złe, tylko przydałaby się dłuższa ogniskowa, przynajmniej do 100 mm. Przy 45 mm moje makrokonwertery nie dają wystarczającej skali odwzorowania. Konieczny będzie zakup obiektywu macro.
Maj 2010
Miałem okazję przetestowania dwóch obiektywów macro.
1. Zuiko 50 mm F/2,0 macro (z G1 przez adapter, ostrzenie tylko w trybie manualnym). Kultura pracy nie jest najlepsza - obiektyw hrumka podczas ostrzenia.
odstrzenie manualne jest bardzo precyzyjne, ale w terenie trudne – zbyt duże powiększenie „lupki” w G1. Z bardzo dobrym wynikiem można fotografować rośliny, jednak do owadów, zwłaszcza w ruchu, MF nie zdaje egzaminu. Poza tym zbyt mała skala odwzorowania (1:2), chociaż przy przyzwoitej odległości roboczej ok. 10cm.
2. Elmarit 45 mm F/2,8 macro (z G1 zarówno MF jak i AF)
Komfort fotografowania i kultura pracy obiektywu bardzo dobre (ostrzenie ciche, w trybie MF gładkie). Przy bardzo małych odległościach AF jednak błądzi, trzeba ostrzyć wstępnie trybie MF, a następnie AF na punkt, co przy owadach jest nie do przyjęcia.
Obiektyw pięknie maluje rośliny (tu celujący), ale z ostrym rysowaniem oka robala nie jest dobrze (nie dam nawet pełnej czwórki). Odwzorowanie szczegółów, jak na szkło macro, nie jest wystarczające, może do portretów – ale F/2,8 daje raczej za dużą GO).
Skala odwzorowania 1:1 zachęca, ale odległość robocza tylko ok. 5cm zniechęca.
Werdykt
Przy kwiatkach PanLeica 45mm wygrywa zdecydowanie z Zuiko 50mm (kłopotliwy MF), pomimo lepszej jakości optycznej tego ostatniego. Rozdzielczość PanLeiki 45mm pozostaje daleko w tyle w stosunku do możliwości matrycy G1. Co to ma wspólnego z jakością obiektywów sygnowanych jako „Leica”? Kitowy Elmarit 14-45mm (ponad 2000 zł z korpusem) i długie zoomy w moich kompaktowych Lumixach za ok. 1000 zł mają lepszą jakość optyczną niż testowany przeze mnie egzemplarz stałoogniskowego Elmarita 45 mm macro za ponad 3000 zł. Cena PanLeiki w porównaniu z jakością optyczną jest z sufitu; wyceniam ten obiektyw na około 1500 zł, a już na pewno niżej aniżeli dużo lepszy optycznie Zuiko 50mm.
Co zatem dalej?
Potrzebny jest mi ostry i jasny, najlepiej F/2,0 (przyda się również do portretowania) obiektyw macro 1:1 z ogniskową około 100mm, ostrzący automatycznie z G1. Może wypuści coś takiego Sigma, może Olympus. Marzenia?!
Posted by Administrator galerii on ndz 22 lut 13:57:11 2009