22. Alert dla Homo sapiens

W hołdzie sir Davidowi Attenborough i Yannowi Arthus-Bertrandowi – wielkim obrońcom przyrody Ziemi oraz Yuvalowi Noahowi Harariemu – jednemu z największych współczesnych myślicieli, starającemu się zapobiec groźbie kryzysu (być może samozagłady) ludzkości. Dedykuję moim wnukom – Zosi, Justynie i Tymonowi z życzeniami obym się mylił.

Wprowadzenie

Homo sapiens to dziwny gatunek, który nie pasuje do ziemskiej przyrody; a przecież u zarania swoich dziejów był jej miniaturową cząstką. Wprawdzie wyewoluował jako malutka cząstka przyrody, jednak od ponad 10 tys. lat przejmował Ziemię na swoją wyłączną własność. Taki przykaz miał podobno otrzymać człowiek od Boga: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi» (Biblia Tysiąclecia, Księga Rodzaju). Przez ostatnie dwa stulecia Homo sapiens nie tylko całkowicie podporządkował sobie Ziemię i jej przyrodę, ale nieodpowiedzialnie ją eksploatuje i niemiłosiernie niszczy. Nie zastanawia się, co zostawi w spadku następnym pokoleniom. Czy to co czynimy „danej człowiekowi przez Boga” Ziemi  i wszelkiemu ziemskiemu stworzeniu też ma biblijne uzasadnienie?

Nie zważając, że w przyrodzie funkcjonują prawa wypracowane ewolucyjnie przez miliony lat człowiek od połowy XX wieku wprowadza na Ziemi swoje porządki z dnia na dzień. Fundamentem istnienia przyrody Ziemi, w tym przyszłości Homo sapiens, jest bogactwo różnorodności oparte o dynamiczną równowagę między gatunkami. Homo sapiens jednak już to zniszczył. Ważne stało się tylko dobro człowieka (oczywiście nie każdego) i rozwój cywilizacyjny (też nie dla każdego). A co z dobrem Ziemi i zachowaniem ziemskiej przyrody? Przyroda bez Homo sapiens doskonale sobie poradzi i odżyje w nowych formach, ale Homo sapiens bez przyrody nie przetrwa, chyba że w wirtualnej chmurze.

Antropocentryzm

Niszczycielska działalność Homo sapiens i problemy jakie stworzył wynikają z ludzkiego chorobliwego chciejstwa; w skrócie – więcej i więcej oraz szybciej i coraz szybciej. No i oczywiście eliminacja z przyrody wszystkiego, co jego zdaniem jest niepotrzebne, a nawet przeszkadza. W to miejsce wprowadza na wielką skalę dominację lub często wręcz wyłączność dla wybranych i stworzonych (wyhodowanych) przez siebie gatunków; stał się ziemskim bogiem – stwórcą i rządcą.

W roku 2000 Paul Crautzen (noblista, specjalista od chemii atmosfery) na określenie relacji między człowiekiem a Ziemią, jej zasobami i całą ziemską przyrodą zaproponował termin „antropocen”. Stwierdził, że od 200 lat żyjemy w geologicznej epoce antropocenu. Dlaczego od 200 lat? Ponieważ od tego czasu zaczęła się wielka, niepohamowana eksploatacja ziemskich zasobów, najpierw drewna, następnie węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. W miejsce lokalnego rękodzieła powstała produkcja wielkoprzemysłowa. Jej rozwój został przyspieszony po przejściu z energii pary wodnej na energię elektryczną. Nastąpiła wtedy wielka urbanizacja kuli ziemskiej – wystarczy obejrzeć nocne zdjęcia satelitarne Ziemi. I tu uwaga – ile energii marnotrawimy wysyłając chociażby uliczne światło w przestrzeń kosmiczną. A przecież energia na Ziemi w XXI wieku stała się towarem deficytowym.

Stwierdzenie od kiedy można by uznać zaistnienie „epoki antropocenu” na podstawie rzeczywistych kryteriów geologicznych (i czy ona w ogóle ma miejsce) zostawmy geologom i przyszłym pokoleniom. Faktem niezaprzeczalnym jest natomiast dominujący na Ziemi antropocentryzm. Ale nie zaczął się on od uprzemysłowienia produkcji dóbr. Jego początków można upatrywać w przejściu od koczowniczego, zbieracko-łowieckiego życia plemiennego, do życia osiadłego po opanowaniu przez człowieka uprawy roli i chowu udomowionych zwierząt.  Zaistniała wtedy własność ziemi, budowa ośrodków wiejskich i miejskich oraz tworzenie państwowości ze zcentralizowaną władzą. Uważam, że antropocentryzm został zapoczątkowany zaistnieniem niepodważalnego dzisiaj prawa własności. Potem wszystko potoczyło się już niezwykle szybko (w geologicznej skali czasu).

Homo sapiens planetę Ziemię zawłaszczył w sposób bezdyskusyjny, albo inaczej – „uczynił Ziemię poddaną sobie, i tylko sobie”.  Brnie teraz w kierunku samozagłady; w XX wieku, zajęty rozwojem cywilizacji technicznej, mógł jeszcze tego nie zauważać. Dzisiaj nie da się już tego nie widzieć. Okazuje się jednak, że są tacy, którzy nadal tego nie widzą, albo nie chcą widzieć.

Problemy wynikające z przyspieszonego rozwoju technologicznego

Zacznę pozytywnie, bo sukcesy technologiczne ostatnich blisko 200 lat są niepodważalne. Energia parowa stworzyła przemysł. Węgiel kamienny i ropa naftowa dały ciepło, energię elektryczną i uruchomiły szybki rozwój transportu towarów i osób. Energia elektryczna nadała niezwykłe przyspieszenie postępowi technologicznemu. Chemia dała leki i materiały codziennego użytku z przetwórstwa ropy naftowej. Informatyka zapewniła niesamowity przepływ informacji. Zapanowała „religia” pokonywania barier i przekraczania granic wcześniej nieprzekraczalnych. Z sukcesów nauki, medycyny i technologii korzystamy w krajach rozwiniętych korzystamy na każdym kroku. W czym jest zatem problem?

Problem jest w antropocentryzmie, który można krótko ująć słowami „wszystko dla człowieka” (nie dla każdego). Ale po kolei. Przemysł, zapewniając masową produkcja dóbr, uruchomił na olbrzymią skalę konsumpcjonizm w krajach rozwiniętych. Chcemy mieć coraz nowsze rzeczy użytkowe, co prowadzi do powszechnego marnotrawstwa i piętrzenia się porzucanych „odpadków”. Sprzyja temu generowana przez projektantów i producentów moda na nowości. Pracujący na pełnych obrotach przemysł to nadmierna eksploatacja nieodnawialnych surowców i nośników energii (węgla, ropy, gazu ziemnego) z jednoczesną produkcją dwutlenku węgla – jednego z dwóch najważniejszych gazów cieplarnianych (drugim jest metan). Oparty na ropie przemysł chemiczny „zaowocował” zaśmiecanie planety i atmosfery substancjami toksycznymi i trującymi. Tu sztandarowym przykładem jest choćby mikroplastik w wodach oceanicznych.

Kolejny wkład w degradację przyrodniczego środowiska wnosi przemysłowe rolnictwo wielkoobszarowe. Dostarczając żywność (nie wszystkim) niszczy naturalną roślinność i naturalny obieg pierwiastków w przyrodzie oraz zanieczyszcza glebę i powietrze toksycznymi chemikaliami – środkami ochrony roślin uprawnych. To prowadzi do eliminacji dzikich roślin na coraz większych obszarach. „Przy okazji” giną owady zapylające rośliny użytkowe, które są źródłem około 1/3 naszej żywności.

Wielkoobszarowe rolnictwo nie tylko likwiduje wielkie połacie lasów (np. w Brazylii) i naturalnych łąk (tu przykładem są amerykańskie prerie). Drenuje także krytycznie malejące pokłady wód powierzchniowych i gruntowych (przykład rolnictwa Kalifornii w USA). W sumie rolnictwo wielkoobszarowe i wielki przemysł prowadzą do stałego przyspieszania niekorzystnych zmian klimatycznych na Ziemi, nakręcając „przy okazji” spiralę pogłębiającego się deficytu wody pitnej na naszej planecie.

Jest jeszcze jeden problem stworzony p[rzez człowieka wynikający z rozkwitu urbanizacji. Budownictwo przeszło od materiałów roślinnych, poprzez cegły i wapno do betonu i stali oraz styropianu i farb syntetycznych. Czy zdajemy sobie sprawę, że produkcja materiałów budowlanych odbywa się kosztem około 30% globalnego zużycia energii, wytwarzając około 40% gazów cieplarnianych i generując około 30% masy wszystkich śmieci?

Efekt cieplarniany

Spalanie węgla, ropy i gazu ziemnego, wycinanie, a nawet wypalanie dziewiczych lasów pod uprawy i hodowlę bydła generują wielkie ilości dwutlenku węgla. Olbrzymia emisja dwutlenku węgla przypada też na potrzeby betonowego budownictwa.

Badania rdzeni lodowych na Grenlandii wykazały duże wahania poziomu CO2 w ziemskiej atmosferze na przestrzeni ostatnich kilkuset tysięcy lat, ale od XIX do XXI wieku jego poziom poszybował do stanu sprzed 2,5 mln lat. A przecież w tym czasie Ziemi nie dotknął żaden kataklizm kosmiczny czy geologiczny. Dwutlenek węgla jest pierwszym czynnikiem odpowiedzialnym za postępujące ocieplenie klimatu Ziemi. Drugim jest metan produkowany w żołądkach hodowanego na skalę przemysłową bydła na ubój. No, ale przecież nie możemy zrezygnować z wołowiny; produkty mleczne nam nie wystarczą.

Metan zaczął być też uwalniany w dużych ilościach z rozmarzającej tzw. wiecznej zmarzliny (blisko 25% półkuli północnej), która jednak przestała być „wieczna”. Niszczenie i eksploatacja torfowisk oraz osuszanie bagien uwalniają kolejne pokłady metanu, a oprócz tego redukują duże możliwości sekwestracji dwutlenku węgla. Ziemia traci możliwości wiązania dwutlenku węgla na skutek wielkiego wylesienia planety. Na wylesionych obszarach Ziemia utraciła również zdolność do wchłaniania i magazynowania wody. Skutkuje to ich stepowieniem i erozją, a w przypadku górskich zboczy tragicznymi dla lokalnych mieszkańców osuwiskami.

Ziemia przestanie nadawać się do dalszego zamieszkania nie tylko z uwagi na biologicznie ubożenie i zmiany klimatyczne. Tu najlepiej wpasowana jest koncepcja wyprowadzki Homo sapiens z Ziemi na inne ciało niebieskie. Trzeba się wyprowadzić, bo zabraknie surowców i miejsca przyjaznego do życia. No i… bo na Ziemi robi się za ciepło.

Jest jeszcze jedno potężne zagrożenie – sztuczna inteligencja. Błyskawiczny rozwój informatyki wprowadził biologicznego człowieka w pułapkę świata wirtualnego. Szczytowe osiągnięcie technologii cyfrowej – sztuczna inteligencja może jednak wyeliminować olbrzymią część dotychczasowej ludzkiej aktywności oraz nie zostawić miejsca dla dalszego życia społecznego Homo sapiens. Może być jeszcze gorzej, bo wysiłki szaleńców idą w kierunku grożącym całkowitą dominacją sztucznej inteligencji nad człowiekiem. Ale to temat innego opracowania.

Cywilizacja chciejstwa

Antropocentryzm jest dobrze charakteryzowany przez ludzkie chciejstwo. Doskonale ujmuje to powiedzenie „chcieć to móc”. Ludzkie możliwości spełniania rzeczywistych i wymyślonych potrzeb oraz przekraczania kolejnych ograniczeń czy barier doprowadziły do zaistnienia cywilizacji chciejstwa. W produkcji przemysłowej doprowadziło to do nadprodukcji dóbr, życia ponad stan i marnotrawstwa na sporych obszarach naszego globu oraz nędzy i głodu na pozostałych. Szacunki wskazują, że około 90% materialnego bogactwa przypada na 10% ludzkiej populacji. Według innych szacunków na 1% ludzi przypada tyle samo bogactwa co na 99% pozostałej populacji.

Przemysłowa produkcja dóbr od drugiej połowy XX wieku weszła w spiralę postępu technologicznego dzięki wielkim osiągnięciom nauki i inżynierii. W krajach technologicznie rozwiniętych rozbudzony został wielki konsumpcjonizm napędzany presją możliwości oferowanych przez przemysł. Stare produkty, chociaż jest jeszcze użyteczne, „musimy” zastępować nowymi, bo to definiuje nasz status społeczny. Często rzeczywiście musimy, bo dla wielu produktów wymuszony został krótki okres ich użytkowania; przykładem mogą być dzisiejsze komputery osobiste.

Ale co się stanie, jeżeli tę spiralę technologiczno-konsumpcyjną wyhamujemy? Nastąpi kryzys w obszarze przemysłowo-finansowym, a załamanie się rozdmuchanego konsumpcjonizmu wywoła wielki bunt społeczny w krajach dotychczasowego dobrobytu. Współczesny system gospodarczo-społeczny załamie się. A co się stanie, jeżeli tej spirali nie wyhamujemy? Wykręcimy ją do poziomu trampoliny, z której pozostanie ludzkości już tylko skok w kosmos. Dlatego w XXI wieku już tak bardzo szukamy dogodnej planety. Wątpię jednak, czy taka istnieje, co jest tematem innego wpisu.

Niektórzy zachwycają się globalizacją ludzkiej aktywności, którą umożliwił łatwo dostępny transport. Czy jednak zdają sobie sprawę, że ten łatwo dostępny transport zaowocował globalizacyjną gorączką, w której dominują spirale i zamknięte koła wzajemnych zależności gospodarczo-ekonomicznych i społecznych. A oto jeden z jej przejawów. Koncentracja przemysłu i produkcji żywności tam gdzie jest najtaniej wymusiła stworzenie rozległej sieci transportu. Rosnąca skala globalnego transportu to coraz większe zużycie paliw kopalnych i pompowanie kolejnych ton dwutlenku węgla do atmosfery. A „przy okazji” rozprzestrzenianie się po Ziemi kłopotliwych inwazyjnych gatunków roślin i zwierząt. Również „przy okazji” powszechne przemieszczanie się ludzi po całym globie przekształca lokalne epidemie w globalne pandemie.

Propozycja może być tylko jedna – powoli zahamujmy globalizację i zawróćmy z tej drogi rozwoju. Wróćmy do lokalnych produkcji wszędzie tam, gdzie tylko pozwalają na to zasoby i warunki oraz ludzki potencjał. Zapłacimy za to wysoką cenę, ale wyplątamy się z globalnych uzależnień i stworzymy nadzieję na zachowanie dla następnych pokoleń nie do końca zniszczonej Ziemi.

Cywilizacja śmieci

Przez ostatnie zaledwie kilkadziesiąt lat w miejsce świata przyrody stworzyliśmy świat z betonu stali i plastiku, ale okrutnie zaśmiecony i zatruty obcymi dla przyrody związkami toksycznymi. A przecież w przyrodzie nie istnieje pojęcie śmieci. Łańcuchy troficzne doskonalone przez miliony lat zapewniały utylizację każdego powstałego „zbędnego odpadu” biologicznego.

Śmieci i odpady zaistniały na dobre dopiero, kiedy Homo sapiens przeszedł z wędrownego trybu życia do osiadłego. Początkowo były to stosy kości zabijanych dla pokarmu zwierząt, muszle małży, wyroby ceramiczne. Później płynące ulicami i rzekami ekskrementy, jeszcze później wszelkie wyroby przemysłowe, a teraz podrzuciliśmy przyrodzie plastik.

Na planecie śmieci żyjemy od połowy XX wieku, jednak w XXI wieku w cały współczesnym systemie gospodarczo-społecznym dominują produkty z plastiku, a w konsekwencji plastikowe śmieci. Sztandarowym dowodem są tu lawinowo rozrastająca się pacyficzna plama plastikowych śmieci oraz rozproszony w wodach oceanicznych mikroplastik. Czy mamy świadomość, że z pokarmem pochodzącym z mórz i oceanów zjadamy gramy mikroplastiku? Każdego roku do wód oceanicznych trafia około 8 ton plastiku. Pacyficzna „plama” plastikowych śmieci i innych odpadów obejmuje już 1,6 mln km2. Prawdopodobnie przyroda znajdzie na ten produkt ludzkiego dobrobytu sposób. Ale ile czasu zajmie jego biologiczna utylizacja? I jaka jego część zostanie zutylizowana?

Cywilizacja naukowo-technologiczna a przyroda

Uruchomiony przez naukę, rozpędzony postęp technologiczny, którym tak bardzo się zachwycamy, ma się jednak nijak do ewolucyjnych rozwiązań występujących w przyrodzie. Ludzkie dokonania pozostają daleko w tyle za „wynalazkami” przyrody. Dotyczy to zarówno nakładów materiałowo-energetycznych, jak i końcowych wyników. Najprostszym przykładem jest nić pajęcza (tworzona niewielkim nakładem energetycznym w warunkach normalnych), która jest 4-5 razy mocniejsza od nici stalowej o tej samej średnicy. Kolejnym przykładem jest niezwykle szybko rosnący bambus, przewyższający wieloma właściwościami mechanicznymi ludzkie wyroby. Dalej – nieosiągalna dla ludzkiej technologii jest zróżnicowana struktura zwierzęcego oka czy kręgosłupa, skrzydła motyla lub ważki, a nawet muszli ślimaka.

I to co najważniejsze – wszystkie skomplikowane konstrukcje funkcjonujące w przyrodzie powstają z surowców podlegających naturalnemu recyklingowi oraz z wykorzystaniem darmowej energii słonecznej pobieranej przez rośliny. Ta energia zostaje zachowana w długim łańcuchu kolejnych organizmów bez pozostawiania śladu węglowego. Człowiek zaczął dostrzegać rozwiązania występujące w przyrodzie i nawet czasem próbuje te nanotechnologiczne arcydzieła natury naśladować rozwijając nową technologię – bionikę. Ale jakim kosztem? I dlaczego tak uparcie eliminuje z przyrody kolejne gatunki, które mogłyby podpowiadać nowe rozwiązania technologiczne?

Ratujmy Ziemię (i siebie)

Jesteśmy świadkami kryzysu klimatycznego i kolejnego wymierania gatunków, które wyewoluowały na przestrzeni milionów i miliardów lat. Wielkie wymierania w odległej przeszłości były zawsze skutkiem kryzysów klimatycznych powodowanych przez geologiczne katastrofy na skutek procesów tektonicznych lub czynników kosmicznych. Takie potencjalne zagrożenia nadal istnieją i co jakiś czas w większym lub większym stopniu Ziemia je odczuwa. Jednak obecne niszczycielskie działania na Ziemi prowadzące do wymierania licznych gatunków są powodowane przez nasz gatunek. To co mogło być niezauważalne jeszcze w wieku XX, w obecnym stuleciu woła o natychmiastową reakcję naprawczą.

Popełniliśmy grzech krótkowzroczności. Zwolnijmy zatem i przestańmy zachwycać się postępem technologicznym, który nie podlegając ekologicznym ograniczeniom, przynosi niezamierzone i nieprzewidywalne skutki. Dalszy rozwój technologiczny podporządkujmy zachowaniu nie do końca jeszcze zdegradowanych przyrodniczych warunków naszego istnienia. Eksploatujmy ziemskie zasoby i planujmy przyszłość Ziemi nie dla siebie, ale dla przyszłych pokoleń. Skończmy z dewastacją przyrody i przyspieszmy programy naprawcze tego co zepsuliśmy. Pozwólmy przyrodzie zadbać o siebie. Pozostawiona sobie, da radę. Człowiek bez przyrody rady sobie nie da.

Zacznijmy ograniczać się we niepohamowanym wszechobecnym chciejstwie. Nauczmy się żyć z umiarem, tak w konsumpcji, jak i w produkcji dóbr. Nauczmy się rezygnować z pędu za nowościami i wróćmy do zapomnianego (na szczęście nie przez wszystkich) zwyczaju naprawy i „przywracania życia” ubraniom, obuwiu czy uszkodzonym urządzeniom. Powoli zahamujmy powszechną globalizację, koncentrację produkcji i globalny transport towarów. Wróćmy do lokalnej produkcji, zwłaszcza żywności, wszędzie tam, gdzie tylko pozwalają na to zasoby i warunki oraz ludzki potencjał.

Zapanujmy nad śmieciami i różnymi odpadami przez zorganizowanie bardziej racjonalnego ich recyklingu. Wszystkiego poddać recyklingowi się nie da, zatem to co „się nie da” poddajmy bezpiecznej utylizacji z zapewnieniem ochrony środowiska i naszego zdrowia. Chrońmy glebę, wodę i powietrze przed toksycznymi substancjami obcymi i szkodliwymi dla żywych organizmów.

Nauczmy się szanować wodę – medium najważniejsze dla biologicznego życia. Twórzmy lokalne zamknięte obiegi wody, biorąc m.in. przykład z rozwiązań opracowywanych w Singapurze. Odbetonujmy kanały, w które zamieniliśmy wcześniejsze naturalne cieki wodne i odtwórzmy dawne tereny zalewowe. Przywróćmy wodę zmeliorowanym torfowiskom i osuszonym mokradłom. Pozwólmy też bobrom pomagać nam w rozwiązywaniu problemów z wodą.

I może najważniejsze – politycy pozbądźcie się dotychczasowych zaniechań. Wróćcie do realizacji zobowiązań podjętych w Porozumieniu Paryskim z 2015 roku oraz w pozostałych kolejnych porozumieniach klimatycznych . Tylko, że decydującym politykom zależy na głosach wyborców, a nie na warunkach bytowania ludzi na Ziemi. Może jednak jest jeszcze nadzieja – nadzieja w ruchach oddolnych oraz w edukacji młodego pokolenia.

Fotografia przyrodnicza Aleksandra Chmiela
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową.

Więcej informacji: Polityka Prywatności