W hołdzie sir Davidowi Attenborough i Yannowi Arthus-Bertrandowi – wielkim obrońcom przyrody Ziemi oraz Yuvalowi Noahowi Harariemu – jednemu z największych współczesnych myślicieli, starającemu się zapobiec groźbie kryzysu (być może samozagłady) ludzkości.
Dedykuję moim wnukom – Zosi, Justynie i Tymonowi z życzeniami obym się mylił.
Wprowadzenie
Homo sapiens to dziwny gatunek, który nie pasuje do ziemskiej przyrody; a przecież u zarania swoich dziejów jednak pasował. Wprawdzie wyewoluował jako malutka cząstka przyrody, jednak od ponad 10 tys. lat przejmował Ziemię na swoją wyłączną własność. Taki przykaz miał podobno otrzymać człowiek od Boga: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi» (Biblia Tysiąclecia, Księga Rodzaju). Przez ostatnie dwa stulecia Homo sapiens nie tylko całkowicie podporządkował sobie Ziemię i jej przyrodę, nieodpowiedzialnie ją eksploatując i niemiłosiernie niszcząc, bez zastanawiania się, co zostawi w spadku następnym pokoleniom. Czy to co czynimy Ziemi i wszelkiemu ziemskiemu stworzeniu „danemu człowiekowi przez Boga” też ma biblijne uzasadnienie?
Od połowy XX wieku człowiek z dnia na dzień wprowadza na Ziemi swoje porządki, nie zważając że w przyrodzie funkcjonują prawa wypracowane ewolucyjnie przez miliony lat. Fundamentem istnienia przyrody Ziemi, w tym przyszłości Homo sapiens, jest bogactwo różnorodności oparte o dynamiczną równowagę między gatunkami. Homo sapiens jednak już to zniszczył. Ważne stało się tylko dobro człowieka (oczywiście nie każdego) i rozwój cywilizacyjny (też nie dla każdego). A co z dobrem Ziemi i zachowaniem ziemskiej przyrody? Przyroda bez Homo sapiens doskonale sobie poradzi i odżyje w nowych formach, ale Homo sapiens bez przyrody nie przetrwa, chyba że w wirtualnej chmurze.
Antropocentryzm
Niszczycielska działalność Homo sapiens i problemy jakie stworzył wynikają z ludzkiego chorobliwego chciejstwa; w skrócie – więcej i więcej oraz szybciej i coraz szybciej. No i oczywiście eliminacja z przyrody wszytko, co jego zdaniem jest niepotrzebne, a nawet przeszkadza. W to miejsce wprowadza na wielką skalę dominację lub często wręcz wyłączność dla wybranych i stworzonych (wyhodowanych) przez siebie gatunków; stał się bogiem – stwórcą i rządcą.
Wprowadzając wielkoobszarowe, monokulturowe uprawy rolnicze, oraz nasadzenia leśne jedynie gatunków przydatnych gospodarczo na olbrzymich obszarach zniszczył naturalną szatę roślinną. Bezmyślnie wyeliminował „przy okazji”, albo celowo większość dzikich zwierząt, wprowadzając w to miejsce przemysłowy chów bydła i trzody chlewnej i drobiu. Zrozumiałe jest bezpieczeństwo żywnościowe Homo sapiens, ale nawet przy obecnym stanie liczącej 8 miliardów ludzkiej populacji, globalna produkcja żywności jest wystarczająca. Jednak jej rozchwiana dystrybucja oraz marnotrawstwo, szacowane na około 30%, są źródłem głodu dla olbrzymiej części ludzi.
Od początku ery przemysłowej w połowie XVIII wieku Homo sapiens rozpoczął totalną nieokiełznaną eksploatację ziemskich zasobów. W XXI wieku nadal nie przejmuje się jaki los czeka następne pokolenia. Ci, którzy się jednak przejmują, nie mają wpływu na ostateczne decyzje gospodarcze i polityczne. Za pobrane z Ziemi zasoby oddajemy jej niepotrzebne już nam odpady i śmieci. W miejsce wyłowionych z oceanów ryb i innych zwierząt oddajemy tam plastik. Obok zaśmiecania całej Ziemi, do gleby, wody i atmosfery wprowadzamy niewystępujące w przyrodzie toksyczne związki chemiczne. Niepoliczalne koszty ponosimy wszyscy, ale czy taka musi być cena rozwoju technologicznego, dobrobytu bardzo ograniczonej części ludzkości oraz budzących zachwyt osiągnieć cywilizacyjnych?
W roku 2000 Paul Crautzen (noblista, specjalista od chemii atmosfery) na określenie tego stanu zaproponował termin „antropocen”. Zaproponował, że od 200 lat żyjemy w epoce geologicznej antropocenu. Dlaczego od 200 lat? Ponieważ od tego czasu zaczęła się wielka, niepohamowana eksploatacja ziemskich zasobów, najpierw drewna, następnie węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. W miejsce lokalnego rękodzieła powstała produkcja wielkoprzemysłowa. Jej rozwój został przyspieszony po przejściu z energii pary wodnej na energię elektryczną. Nastąpiła wtedy wielka urbanizacja kuli ziemskiej – wystarczy obejrzeć nocne zdjęcia satelitarne Ziemi. I tu uwaga – ile energii marnotrawimy wysyłając chociażby uliczne światło w przestrzeń kosmiczną. A przecież energia na Ziemi w XXI wieku stała się towarem deficytowym.
Stwierdzenie od kiedy można by uznać „era antropocenu” na podstawie rzeczywistych kryteriów geologicznych zostawmy przyszłym pokoleniom. Natomiast dominujący na Ziemi antropocentryzm, jest faktem niezaprzeczalnym. Ale nie zaczął się od uprzemysłowienia produkcji dóbr. Jego początków można upatrywać w przejściu od koczowniczego, zbieracko-łowieckiego życia plemiennego, do życia osiadłego po opanowaniu przez człowieka uprawy roli i chowu udomowionych zwierząt. Zaistniała wtedy własność ziemi, budowa ośrodków wiejskich i miejskich oraz tworzenie państwowości ze zcentralizowaną władzą. Uważam, że antropocentryzm został zapoczątkowany zaistnieniem niepodważalnego dzisiaj prawa własności. Potem wszystko potoczyło się już niezwykle szybko (w geologicznej skali czasu).
Homo sapiens planetę Ziemię zawłaszczył w sposób bezdyskusyjny, albo inaczej – „uczynił Ziemię poddaną sobie, i tylko sobie”. Brnie teraz w kierunku samozagłady; w XX wieku, zajęty rozwojem cywilizacji technicznej, mógł jeszcze tego nie zauważać. Dzisiaj nie da się już tego nie widzieć. Okazuje się jednak, że są tacy, którzy nadal tego nie widzą, albo nie chcą widzieć.
Problemy wynikające z przyspieszonego rozwoju technologicznego
Sukcesy technologiczne ostatnich blisko 200 lat są niepodważalne. Energia parowa stworzyła przemysł. Węgiel kamienny i ropa naftowa dały ciepło, energię elektryczną i uruchomiły szybki rozwój transportu towarów i osób. Energia elektryczna nadała niezwykłe przyspieszenie postępowi technologicznemu. Chemia dała leki i materiały codziennego użytku z przetwórstwa ropy naftowej. Informatyka zapewniła niesamowity przepływ informacji. Zapanowała „religia” przekraczania nieprzekraczalnych granic. Tu najlepiej wpasowana jest koncepcja wyprowadzki Homo sapiens z Ziemi na inne ciało niebieskie. Trzeba się wyprowadzić, bo zabraknie surowców i miejsca do życia. Bo Ziemia przestanie się nadawać do dalszego zamieszkania. Bo błyskawiczny rozwój informatyki wprowadził biologicznego człowieka w pułapkę świata wirtualnego. No i… bo na Ziemi robi się za ciepło.
Spalanie węgla, ropy i gazu ziemnego, wycinanie, a nawet wypalanie dziewiczych lasów pod uprawy i hodowlę bydła generują wielkie ilości dwutlenku węgla. Olbrzymia emisja dwutlenku węgla przypada też na potrzeby betonowego budownictwa. Jest to cena urbanizacji wynikającej z niekontrolowanego postępu technologicznego.
Badania rdzeni lodowych na Grenlandii wykazały duże wahania poziomu CO2 w ziemskiej atmosferze na przestrzeni ostatnich kilkuset tysięcy lat, ale od XIX do XXI wieku jego poziom poszybował do stanu sprzed 2,5 mln lat. A przecież w tym czasie Ziemi nie dotknął żaden kataklizm kosmiczny czy geologiczny. Dwutlenek węgla jest pierwszym czynnikiem odpowiedzialnym za postępujące ocieplenie klimatu Ziemi. Drugim jest metan wydostający się z rozmarzającej tzw. wiecznej zmarzliny (blisko 25% półkuli północnej) , która przestała być „wieczna” oraz produkowany w żołądkach bydła hodowanego na skalę przemysłową.
Ludzkie chciejstwo
Eksploatacja ziemskich zasobów biologicznych już w XX wieku przekroczyła zdolność przyrody do ich odtwarzania. Skutki są dalekosiężne. Wylesianie prowadzi do utraty możliwości wiązania dwutlenku węgla oraz wchłaniania i magazynowania wody, co skutkuje stepowieniem i erozją wylesionych obszarów.
Powstała cywilizacja chciejstwa, nadprodukcji dóbr, życia ponad stan i marnotrawstwa na sporych obszarach naszego globu oraz nędzy i głodu na pozostałych. Szacunki wskazują, że około 90% materialnego bogactwa przypada na 10% ludzkiej populacji. Według innych szacunków na 1% ludzi przypada tyle samo bogactwa co na 99% pozostałej populacji.
Przemysłowa produkcja dóbr od drugiej połowy XX wieku weszła w spiralę postępu technologicznego dzięki wielkim osiągnięciom nauki i inżynierii. W krajach technologicznie rozwiniętych rozbudzony został wielki konsumpcjonizm napędzany presją możliwości oferowanych przez przemysł. Stare produkty, chociaż jest jeszcze użyteczne, „musimy” zastępować nowymi, bo to definiuje nasz status społeczny. Często rzeczywiście musimy, bo w wielu produktach zaplanowano krótki okres ich użytkowania; przykładami są dzisiejsze pralki czy komputery osobiste. W cały współczesnym systemie gospodarczo-społecznym dominują produkty z plastiku, a w konsekwencji plastikowe śmieci. Zamiast mówić o epoce antropocenu, i zastanawiać się od kiedy ona trwa, w XXI wieku mamy zdecydowanie epokę plastiku i plastikowych śmieci. Czy mamy świadomość, że z pokarmem pochodzącym z mórz i oceanów zjadamy gramy mikroplastiku?
Co się stanie jeżeli tę spiralę technologiczno-przemysłową wyhamujemy? Nastąpi kryzys w obszarze gospodarczo-finansowym, załamanie rozdmuchanego konsumpcjonizmu oraz wielki bunt społeczny w krajach dotychczasowego dobrobytu. Współczesny system gospodarczo-społeczny załamie się. A co się stanie, jeżeli tej spirali nie wyhamujemy? Wykręcimy ją do poziomu trampoliny, z której pozostanie ludzkości już tylko skok w kosmos. Dlatego w XXI wieku już tak bardzo szukamy dogodnej planety. Wątpię jednak, czy taka istnieje, o czym będzie w jednym z późniejszych wpisów.
Niektórzy zachwycają się globalizacją ludzkiej aktywności, którą umożliwił łatwo dostępny transport. Czy jednak zdają sobie sprawę, że ten łatwo dostępny transport zaowocował chorą globalizacją, w której dominują spirale i zamknięte koła wzajemnych zależności. A oto jej przejawy. Koncentracja przemysłu i produkcji żywności tam gdzie jest najtaniej wymusiła stworzenie rozległej sieci transportu. Rosnąca skala globalnego transportu to coraz większe zużycie paliw kopalnych i pompowanie kolejnych ton dwutlenku węgla do atmosfery. A „przy okazji” rozprzestrzenianie się po Ziemi kłopotliwych inwazyjnych gatunków roślin i zwierząt. Również „przy okazji” powszechne przemieszczanie się ludzi po całym globie przekształca lokalne epidemie w globalne pandemie.
Generalnie, człowiek wpakował się w chorą globalizację wszelkiej swojej aktywności, która stworzyła nierozerwalne zależności gospodarczo-ekonomiczne i społeczne, a teraz zaczyna oddawać zarządzanie nimi sztucznej inteligencji.
Propozycja może być tylko jedna – zahamujmy globalizację i zawróćmy z tej drogi rozwoju. Wróćmy do lokalnych produkcji wszędzie tam, gdzie tylko pozwalają na to lokalne zasoby i warunki oraz ludzki potencjał. Zapłacimy za to wysoką cenę, ale stworzymy nadzieję na zachowanie Ziemi dla następnych pokoleń.
Przez ostatnie zaledwie kilkadziesiąt lat w miejsce świata przyrody stworzyliśmy świat z betonu i plastiku, zatruty obcymi dla przyrody związkami toksycznymi. Od połowy XX wieku żyjemy na planecie śmieci. Sztandarowym dowodem są tu lawinowo rozrastająca się pacyficzna plama makroplastikowych śmieci oraz oceaniczny mikroplastik. Każdego roku do wód oceanicznych trafia około 8 ton plastiku. Pacyficzna „plama” plastikowych śmieci i innych odpadów obejmuje już 1,6 mln km2. A przecież w przyrodzie nie istniało pojęcie śmieci. Łańcuchy troficzne doskonalone przez miliony lat zapewniały utylizację każdego powstałego ale zbędnego „odpadu” biologicznego.
Śmieci i odpady zaistniały na dobre dopiero, kiedy Homo sapiens przeszedł z wędrownego trybu życia do osiadłego. Początkowo były to stosy kości zabijanych dla pokarmu zwierząt, muszle małży, wyroby ceramiczne. Później płynące ulicami i rzekami ekskrementy, jeszcze później wszelkie wyroby przemysłowe, a teraz podrzuciliśmy przyrodzie plastik. Prawdopodobnie przyroda znajdzie na ten różnorodny produkt ludzkiego dobrobytu sposób.
Ale ile czasu zajmie jego biologiczna utylizacja? I jaka jego część zostanie zutylizowana? Cywilizacja technologiczna doprowadziła do rozkwitu urbanizacji. Budownictwo przeszło od materiałów roślinnych, poprzez cegły i wapno do betonu i stali oraz styropianu i farb syntetycznych. Czy zdajemy sobie sprawę, że produkcja materiałów budowlanych odbywa się kosztem około 30% globalnego zużycia energii, wytwarzając około 40% gazów cieplarnianych i generując około 30% masy wszystkich śmieci?
Rozpędzony energochłonny postęp technologiczny, którym tak bardzo się zachwycamy, ma się jednak nijak do ewolucyjnych rozwiązań występujących w przyrodzie. Ludzkie dokonania pozostają daleko w tyle za „wynalazkami” przyrody. Dotyczy to zarówno nakładów materiałowo-energetycznych, jak i końcowych wyników. Najprostszym przykładem jest nić pajęcza (tworzona niewielkim nakładem energetycznym w warunkach normalnych), która jest 4-5 razy mocniejsza od nici stalowej o tej samej średnicy. Kolejnym przykładem jest niezwykle szybko rosnący bambus, przewyższający właściwościami mechanicznymi ludzkie wyroby. Dalej – nieosiągalna dla ludzkiej technologii jest zróżnicowana struktura zwierzęcego oka czy kręgosłupa, skrzydła motyla lub ważki, a nawet muszli ślimaka.
I to co najważniejsze – wszystkie skomplikowane konstrukcje powstające w przyrodzie powstają z surowców podlegających naturalnemu recyklingowi oraz z wykorzystaniem darmowej energii słonecznej pobieranej przez rośliny. Ta energia zostaje zachowana w długim łańcuchu kolejnych organizmów bez pozostawiania śladu węglowego. Wprawdzie człowiek zaczyna dostrzegać rozwiązania występujące w przyrodzie i nawet próbuje te nanotechnologiczne arcydzieła naśladować, ale jakim kosztem? I dlaczego tak uparcie eliminuje gatunki? A „przy okazji” stwarza globalny cieplarniany kryzys klimatyczny.
Paradoks polarnego wzmacniania ocieplania się klimatu na Ziemi
Ocieplenie klimatu Ziemi najmocniej widać na obszarach okołobiegunowych, które ogrzewają się w zaskakującym tempie. Porównując z wcześniejszą sytuacją z przełomu XX i XXI wieku, każdego roku już niewielkie ocieplenie klimatu na Ziemi powoduje latem (podczas dnia polarnego) topnienie coraz większej ilości arktycznego lodu, a zimą (podczas nocy polarnej) tworzy się go coraz mniej. Ubytek białego lodu, który skutecznie odbija promienie słoneczne zwiększa ich pochłanianie przez ciemne wody oceaniczne.
Ciepło pobrane przez ocean arktyczny dodatkowo utrudnia zimą odnawianie się pokrywy lodowej. W efekcie koło się zamyka, i coraz większe obszary oceanu arktycznego zimą nie zamarzają. Te zależności nabierają rozpędu przyśpieszając wzrost temperatury wód oceanicznych i zmiany klimatyczne na całej planecie. Obecnie grubość stabilnej letniej pokrywy lodowej spadła z około 5 metrów do mniej niż 2 metry. Jej powierzchnie została zredukowana w takim stopniu, że otwierają się północne żeglowne szlaki, a jej. Najbardziej widocznym przykładem biologicznego skutku tych zmian w Arktyce jest niepewny los polującego z lodu na foki niedźwiedzia polarnego.
Nieosłonięte lodem (odbijającym promienie słoneczne w około 70%) wody oceanu arktycznego mocno nagrzewają się (przyjmują około 90% promieniowania). Termiczne zmiany w wodach oceanicznych powodują w efekcie również zmiany w ich cyrkulacji, a w końcowym efekcie także zmiany pogodowe (deszcze/susze) na lądach. Ciepło gromadzone w oceanach przemieszcza się na południe w kierunku Antarktydy, a to nie się ze sobą wielkie zagrożenie dla jej lodowców.
Na Antarktydę przypada około 90% ziemskiego lodu i śniegu, które przez wieki stabilizowały klimat na Ziemi. Teraz pękają tam i roztapiają się kolejne partie lodowców szelfowych, a także odwiecznego lądolodu. Równolegle zachodzi globalne podnoszenie się poziomu wody w morzach i oceanach, co jest wielkim zagrożeniem dla kolejnych milionów, a być może nawet miliardów ludzi zamieszkujących wybrzeża mórz i oceanów. Topnieją również lodowce zalegające w wysokich górach, które dla wielu milionów były dotąd stabilnym źródłem wody słodkiej. Monsunowe ulewy ich nie zastąpią.
Wracam do obszaru arktycznego. Tam pojawia się pogodowy paradoks okołobiegunowy. Poważnym zagrożeniem anomalii pogodowych są narastające zakłócenia w funkcjonowaniu wiru polarnego wokół bieguna północnego. W okresie zimowym tworzy się tam wielki mroźny niż atmosferyczny, mający charakter wielkiego cyklonu. Do wysokości ponad 50 km jest on ograniczony prądem strumieniowym, który zmyka zimne powietrze na obszarze okołobiegunowym. Prąd strumieniowy (silniejszy nad biegunem północnym) ma charakter falującej sinusoidy o prędkości wiatru do kilkudziesięciu m/s. Postępujące od końca XX wieku ocieplanie się Arktyki i Antarktyki powoduje osłabienie prądów strumieniowych i ich lokalne zakłócenia. Przez przerwy w prądach strumieniowych od wiru polarnego odrywają się fale zimnego powietrza znad biegunów w kierunku zwrotników. Wynikiem jest pojawianie incydentalne ataki zimna na obszarach zwykle cieplejszych. Nie dziwmy się zatem, że przy ogólnym ocieplaniu się planety, jesteśmy również atakowani przez zimno nawet w ciepłych porach roku. Dla „równowagi” nasze zimy mogą być coraz bardziej cieplejsze.
Zmiany klimatyczne obejmują całą planetę
Duży wpływ klimatyczny ma również wzrost temperatury wody oceanicznej w strefie okołorównikowej, skąd prądy oceaniczne kierują cieplejsze wody w kierunku biegunów. Na półkuli Północnej jest to prąd zatokowy (Golfstrom); nie zdajemy sobie sprawy, jak jest silny. Zaczyna swój bieg w sąsiedztwie Zatoki Meksykańskiej, na Morzu Karaibskim. Kieruje ciepłe górne warstwy wody pasem o szerokości około 90 kilometrów na dystansie około 8 tys. kilometrów na północ Atlantyku. Wpływa na zakwity planktonu, wędrówkę ryb i morskich ssaków, a ocieplając wybrzeże Ameryki Północnej i Europę Zachodnią decyduje o klimacie i przyrodzie wielkich obszarów tych kontynentów. A „przy okazji” generuje również silne wiatry nad oceanem Atlantyckim. Zimne wody z Arktyki wracają w kierunku równika, zamykając tę naturalną cyrkulację.
Obydwa procesy – prąd zatokowy w połączeniu wraz z postępującym ubytkiem lodu arktycznego powodują z każdym rokiem coraz większe ocieplanie się całej masy wód Oceanu Arktycznego oraz lądowych obszarów okołobiegunowych. Na uwagę zasługuje rekord temperatury +38oC odnotowany 20 czerwca 2020 r. w jednym z najzimniejszych miejsc na Syberii, w Wierchojańsku, 115 km na północ od koła podbiegunowego. Na rozległych obszarach Syberii skutkowało to suszą i pożarami lasów i tundry.
Ponieważ maleje różnica temperatury wody na różnych głębokościach Atlantyku, prąd zatokowy jest coraz słabszy, i może w bliskiej przyszłości całkowicie zatrzymać się. A to oznacza, że jego dotychczas ocieplający wpływ na klimat naszej części półkuli północnej może zaniknąć, zwłaszcza w Europie.
Jest to najbardziej widoczne w odniesieniu do raf koralowych
Problemów wynikających z ocieplania się klimatu jest dużo więcej. Przez wzrost temperatury w oceanach naruszona została z natury stosunkowo stabilna przez ostatnie tysiąclecia równowaga w życiu organizmów morskich. Obumierają rafy koralowe, które są matecznikami dla wielu gatunków zwierząt morskich. Innymi matecznikami oceanicznego życia są lasy namorzynowe. Te z kolei zostaną zalane przez podnoszące się wody oceaniczne. Nie dość, że morza i oceany są już przełowione (oraz zaśmiecone i zatrute plastikiem), to jeszcze utracimy szansę na odnawianie się oceanicznych populacji.
Na koniec wyliczanki ziemskich problemów (nie ująłem tu wszystkich) wskażę najważniejszy – nie ma rzeczywistej woli rządzących nami do skutecznego przeciwdziałania tym problemom. Ta wola jest pozorowana albo tylko teoretyczna, czego dowodem jest Porozumienie Paryskie z 2015 roku (i pozostałe porozumienie klimatyczne), a dokładniej brak realizacji podjętych tam zobowiązań. Politycy i rządy są pod presją wyborców i przemysłowych lobby. Nie ma również wystarczającego zrozumienia tych problemów przez zdecydowanie większą część ludzkiej populacji. Jesteśmy wchłonięci w powódź postępu technologicznego oraz własne nieoczywiste i mocno przesadzone potrzeby. Nadzieja jest w ruchach oddolnych oraz edukacji młodego pokolenia.
Woda problemem kluczowym
Powszechnie dyskutuje się liczne przyczyny i skutki nękających Ziemię problemów. Moim zdaniem, obok chorej globalizacji, niepohamowanej eksploatacji nieodnawialnych zasobów, tragicznych zmian klimatycznych i dominującej „religii” postępu technologicznego (więcej, szybciej i bez ograniczeń), na pierwsze miejsce zaczyna wysuwać się kryzys wodny. Z jednej strony wynika on z coraz większego zapotrzebowania na wodę przez wielkie aglomeracje i rolnictwo. Z drugiej, z olbrzymich niedoborów wody słodkiej na coraz większych obszarach na Ziemi.
Obecny problem z wodą ma odległe i rozległe korzenie. Do utraty zdolności retencyjnej wody na olbrzymich obszarach Ziemi doprowadził zarówno śródlądowy transport wodny i związana z nim regulacja rzek (łącznie z betonowaniem brzegów), jak i wielkie tamy spiętrzające wodę dla wykorzystania jej energii. Kolejna przyczyna to nagminna melioracja prowadzona w ubiegłym wieku w celu osuszania podmokłych nieużytków dla potrzeb rolnictwa, co skutkowało obniżaniem się poziomu wód gruntowych. Jestem zwolennikiem prac melioracyjnych ale prowadzonych z zamysłem kontrolowanego zachowania wody glebie. Powinny służyć temu sensownie rozmieszczone i kontrolowane zastawki.
Rolnictwo, zwłaszcza wielkoobszarowe dołożyło swoją cegiełkę (w niektórych krajach olbrzymia cegłę) czerpiąc z zasobów wód gruntowych, a równocześnie całkowicie pozbawiając użytkowane powierzchnie z lokalnych zadrzewień. Utrata wody w górnych warstwach gleby w dłuższym przedziale czasu powoduje ich stepowienie. Na deficyt wody cierpi wówczas nie tylko rolnictwo; cierpią również wielkie aglomeracje miejskie na tym terenie. A że cierpi bujna kiedyś przyroda to tam już prawie nikt się nie martwi. Dla dzikiej przyrody nie ma zresztą miejsca.
Jest jeszcze kolejna strona problemu z wodą. Wielkim zagrożeniem staje się jej niszczący okresowy i nieprzewidywalny nadmiar z opadów i błyskawiczne powodzie, m.in. z winy wyregulowanych i jakże często obetonowanych rzek. Problemem może też być lokalny nadmiar wody z topniejących lodowców. Lokalne kataklizmy powodziowe powodują natychmiastową reakcję społeczeństwa i urzędników. Tymczasem problemy wynikające z braku wody narastają powoli i na dużych obszarach. Reakcja przychodzi za późno, kiedy zaczyna brakować wody pitnej, załamuje się produkcja żywności albo wybuchają duże pożary.
Długotrwałe susze, występujące na coraz większych obszarach globu, sprzyjają wielkim i długotrwałym pożarom lasów oraz są dużym zagrożeniem dla terenów zamieszkanych; często skutkują śmiertelnymi ofiarami ludzi i zwierząt. Długotrwałe susze przynoszą jeszcze inne problemy. Nawet okresowe ulewne deszcze nie likwidują skutków suszy, ponieważ wysuszona gleba nie wchłania wody. Powodują natomiast okresowe powodzie i podtopienia.
Malejąca dostępność wody w glebie staje się jednym z podstawowych problemów dla upraw roślin na coraz większych obszarach Ziemi. Nadmierna eksploatacja wód powierzchniowych i gruntowych doprowadziła do dramatycznego braku wody w Stanie Kalifornii, tak dla rolnictwa, jak i dla mieszkających tam ludzi. Stan będący dominującym producentem warzyw, owoców i drobiu dla całego kraju, pochłania 80% wody wykorzystywanej tam. Brak opadów śniegu i wieloletnie susze są przyczyną wielkich pożarów kalifornijskich lasów i ludzkich osiedli. Kryzys wodny w rolnictwie oraz towarzyszące mu pożary na wielką skalę występują również w południowo-wschodniej Australii, Afryce oraz w Europie – w basenie Morza śródziemnego. Coraz częściej i dotkliwiej płoną również lasy w Kanadzie.
Postępuje szybkie topnienie górskich lodowców, które są rezerwuarami słodkiej wody dla miliardów ludzi (ale przecież i dla przyrody!). Można sobie wyobrazić globalne skutki, jakie przyniesie zniknięcie lodowców, deficyt wód gruntowych i postępujące stepowienie gruntów rolnych. Łańcuch powiazań jest prosty: brak wody – załamanie się produkcji żywności – głód i choroby – duża śmiertelność – lokalne, ale i globalne migracje – społeczne tragedie i konflikty wojenne. To już trwa, a szczególnym przykładem jest sytuacja w Somali. Nie tylko susze, ale i nieprzewidywalne intensywne anomalie pogodowe, takie jak gwałtowne burze, huragany i tajfuny na nowych obszarach to kolejne zagrożenie bytu tysięcy lub nawet milionów ludzi.
Po napisaniu tego fragmentu zastanawiam się czy jednak może na pierwsze miejsce planetarnych zagrożeń, zamiast problemu wody należało wytypować biologicznie niedegradowalne odpady i śmieci, którymi Homo sapiens od kilkudziesięciu lat obdarowuje Ziemię. Wśród nich na pierwsze miejsce (znowu hierarchizacja?) wysuwa się problem wytwarzanych na niezwykle olbrzymią skalę plastikowych śmieci; ale nie tylko plastikowych. Ponad 8 mln ton plastiku trafia rocznie do oceanów, które stał się jego przetwórnią do postaci niezwykle toksycznych drobin określanych potocznie nazwą mikroplastik. W tej postaci w rybach i innych darach morza trafia na nasze stoły.
Ziemia stała się jednym wielkim śmietniskiem. Kiedy zbieram grzyby, zawsze przynoszę z lasu reklamówkę butelek (plastikowych, ale i szklanych po wódce), puszek po piwie i porzuconych opakowań po ciastkach i cukierkach. Po inne należałoby pojechać z przyczepą. W lesie leżą dowody, jak wysoko mamy rozwiniętą kulturę osobistą. W epoce antropocenu stworzyliśmy cywilizację śmieci. To nie moje stwierdzenie; cytuję je za wielkim obrońcą ziemskiej przyrody Yannem Arthusem-Bertrandem.
To jednak nie koniec śmieciowego problemu. Od lat sześćdziesiątych XX wieku zaśmiecamy przestrzeń pozaziemską. Na orbitach wokółziemskich krąży już (z prędkością do 30 tys. km/godz. kilkanaście tysięcy ton śmieci, które wchodzą w kolizję między sobą, ale potencjalnie zagrażają także samolotom i rakietom wysyłanym dalej w kosmos. Niektóre grawitują do Ziemi i na skutek tarcia ulegają spalaniu w ziemskiej atmosferze, ale zaczynają także spadać na Ziemię.
Podsumowując zebrane tu informacje, dochodzę jednak do wniosku, że nie można twierdzić, że coś jest bardzie czy mniej ważne. Ważne jest wszystko, czym człowiek „niechcący” niszczy Ziemię czyniąc ją „sobie poddaną”. A przecież „nie tak to miało być”.
Ratujmy Ziemię (i siebie)
Niezależnie od tego czy uznajemy, czy nie uznajemy, że człowiek jest odpowiedzialny za gwałtownie pogarszającą się przyrodniczą kondycję Ziemi, musimy uznać konieczność przeciwdziałania temu. Nawet jeżeli uznalibyśmy, że nie dzieje się to z winy człowieka, jak to twierdzi wielu polityków oraz lobby przemysłowe.
Zwolnijmy i przestańmy zachwycać się postępem technologicznym, który nie podlegając ekologicznym ograniczeniom, przynosi niezamierzone i nieprzewidywalne skutki.
Dalszy rozwój technologiczny podporządkujmy zachowaniu nie do końca jeszcze zdegradowanych przyrodniczych warunków naszego istnienia.
Skończmy z dewastacją przyrody i przyspieszmy programy naprawcze tego co zepsuliśmy. Pozwólmy przyrodzie zadbać o siebie. Pozostawiona sobie, da radę. Człowiek bez przyrody rady sobie nie da.
Zacznijmy ograniczać się we niepohamowanym wszechobecnym chciejstwie! Nauczmy się żyć z umiarem, tak w konsumpcji, jak i w produkcji dóbr.
Nauczmy się rezygnować z nowości i wróćmy do zapomnianego (na szczęście nie przez wszystkich) zwyczaju naprawy i „przywracania życia” ubraniom, obuwiu czy uszkodzonym urządzeniom.
Zapanujmy nad śmieciami i różnymi odpadami przez zorganizowanie recyklingu. Jeżeli „wszystkiego” poddać recyklingowi się nie da, „resztę” poddajmy bezpiecznej utylizacji dla zapewnienia ochrony środowiska i naszego zdrowia. Ale chyba to się nie uda.
Nauczmy się szanować wodę – najważniejsze dla życia medium. Twórzmy lokalne obiegi zamknięte wody, biorąc tu przykład z rozwiązań opracowywanych w Singapurze. Odbetonujmy kanały, w które zamieniliśmy wcześniejsze naturalne cieki wodne i odtwórzmy dawne tereny zalewowe. Przywróćmy wodę zmeliorowanym torfowiskom i osuszonym mokradłom. Pozwólmy bobrom pomagać nam w rozwiązywaniu problemów z wodą.
Wielka niewiadoma – ślepa uliczka
Jak Ziemia poradzi sobie z nieustannie rosnącą populacją jednego dominującego gatunku Homo sapiens? Dane z roku 2011: 30% masy wszystkich kręgowców stanowią ludzie, 67% zwierzęta hodowlane, a tylko 3% przypada na zwierzęta dzikie. Czy pogłębianie się tych dysproporcji pozwoli nam na dalsze przetrwanie na wyjałowionej i zaśmieconej przez człowieka Ziemi? Człowieka, który nie uznaje, że biologiczny dobrostan Ziemi wymaga funkcjonowania olbrzymiego zróżnicowania wszystkich organizmów, które od milionów lat wypracowują dynamiczną równowagę systemu Ziemi. Tej równowagi już nie ma. Czy ma się odnowić dopiero po kolejnym przyrodniczym kataklizmie spowodowanym przez wciąż rosnącą ludzką zachłanną populację i nienasycone chciejstwo jej niewielkiej, ale decydującej części?
Tragiczny koniec cywilizacji Majów w Ameryce Środkowej czy choćby historia mieszkańców Wyspy Wielkanocnej niczego nas nie nauczyły. W przypadku Majów długo trwająca susza przyniosła głód, konflikty wewnętrzne i wyludnienie miast. Wysoko rozwinięta cywilizacja przestała istnieć. Resztki populacji liczącej w VIII wieku n.e. kilkanaście milionów ludzi rozpierzchły się po dżungli, wracając do wcześniejszych form egzystencji. Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej nie mieli dokąd uciec. Nie mogli zbudować łodzi, ponieważ wcześniej wycieli wszystkie drzewa. Ich rosnąca populacja prawdopodobnie przekroczyła próg lokalnych możliwości wyżywieniowych, co doprowadziło do upadku społeczeństwa i bratobójczych walk o przetrwanie. Udział swój mieli również europejscy najeźdźcy przynosząc tubylcom swoje choroby zakaźne.
Każda populacja żywych organizmów dostosowuje swoje trwanie do warunków zajmowanego środowiska – do zasobów oraz zajmowanej przestrzeni. Oddziaływanie jest wielostronne – wszystkie gatunki starają się powodować korzystne dla siebie zmiany w środowisku. Dzieje się to z zachowaniem dynamicznej, falującej równowagi. Różne gatunki, np. bobry, potrafią zmieniać i dostosowywać zajmowane środowisko do swoich potrzeb, ale dzieje się to lokalnie i w stopniu nie prowadzącym do własnej zagłady. Na „bobrowych porządkach” korzystają liczne inne dzikie gatunki, a przy okazji często również człowiek. Przy braku lokalnych drapieżników (wilków wytępionych przez człowieka) dochodzi jednak do rozrostu populacji, a wtedy dla człowieka bobry stają się szkodnikami.
Przy „porządkach” czynionych przez Homo sapiens „wszystko jest pod kontrolą”, tyle tylko, że z bieżącą korzyścią dla małej części ludzkiej populacji i szkodą dla ziemskiej przyrody. Homo sapiens nie może pogodzić się z koncepcją wzajemnego dopasowania się z zastaną przyrodą; musi ją totalnie zmieniać nie zastanawiając się nad odległymi w czasie konsekwencjami. Dla kolejnego pokolenia samolubów nie jest ważne jak przyjdzie żyć w skali globalnej pokoleniom następnym.
Nic dziwnego, że wizjonerzy, tacy jak np. Elon Musk, widzą przetrwanie Homo sapiens w ucieczce na inną planetę, np. na zdecydowanie niesprzyjającego biologicznemu życiu Marsa. Tylko po co? Żeby następną planetę też zniszczyć? Ilu ludzi ucieknie i kto to będzie? Czy będzie to jeszcze człowiek biologiczny czy już półcyborg? A może tylko pozacielesne, ludzkie cyfrowe jestestwo w wirtualnej chmurze? Czy to dlatego od wieków przypisuje się człowiekowi posiadanie duszy? To może nawet ma sens; po co człowiekowi chorobliwe i starzejące się ciało, skoro ma piękną nieśmiertelną duszę.
Zapowiadaną przed laty przez Stephena Williama Hawkinga ucieczkę z Ziemi, jako jedyny ratunek dla Homo sapiens, chciałbym potraktować, nie jako zachętę, ale przede wszystkim jako mocne ostrzeżenie.
