Lubię mrówki, ale pod warunkiem, że na mnie nie wchodzą. W siedlisku i poza nim mamy mnóstwo mrówczych kolonii. Do najciekawszych należą małe nadrzewnice czteroplamki (Dolichoderus quadripunctatus) i duże rudnice (Formica rufa). Nadrzewnice zasiedlają kanały wygryzione przez larwy drewnojadów w słupkach.

Ten wpis poświęcę jednak rudnicom.

Kiedyś ułożyłem na skraju zarośli koło siedliska mały stos suchych gałęzi świerkowych (posadzone przy wilgotnej łące jeszcze w ubiegłym wieku świerki od kilku lat usychają). Gałęzie miałem wywieźć do bliskiego zagajnika, ale lata mijały, stos malał, a gałęzie zniknęły pod kopcem świerkowych igieł i patyczków. Porządek musi być, a jeżeli nie zadbał o to gospodarz, do pracy wzięły się mrówki.

Mogę im tylko podziękować, bo teraz obserwuję życie tych ważnych czyścicieli. Biegają, na moje oko, bez ładu po mrowisku, przenosząc świerkowe igły, patyczki, skrawki suchych liści i inne drobiny z miejsca na miejsce. Przenoszą też duże jajeczka z jednego otworu do drugiego niżej. Nie wiem po co; one chyba jednak dobrze wiedzą.



Kilkanaście metrów od mrowiska mamy mocno rozrośnięte kępy wrotycza, które stały się siedliskiem mszyc. To tu nasze mrówki zdobywają energię do wszystkich prac.

Dojenie mszyc ze spadzi daje okazę do robienie ciekawych ujęć.




Ale jeszcze ciekawsze jest obserwowanie, jak mrówki proszą, jedna drugą, o słodki pokarm; i oczywiście dostają go. Co za piękny przykład zwierzęcego altruizmu krewniaczego.





